Zbigniew Domański i Artur Świtalski (od prawej) podczas spotkania wspomnieniowego z pielgrzymki, zorganizowanego przez PTTK i strzeleńską bibliotekę 19 listopada
fot. Magdalena Lachowicz Strzelno, Santiago de Campostela, pielgrzymka rowerowa, grób św. Jakuba Większego
Rowerem do Santiago de Compostela
Piątka cyklistów, wśród nich strzelnianin, prezes miejscowego Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego Zbigniew Domański, uczestniczyła w pielgrzymce rowerowej do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela w Hiszpanii. Pokonali w minione wakacje 1.100 km najtrudniejszym szlakiem Camino del Norte. W trakcie wyprawy panowały niesamowite upały. Do tego trasa, którą jechali, była bardzo trudna, górzysta.
UKLĘKNĄĆ PRZED GROBEM
Wszystko po to, aby móc uklęknąć nad grobem Świętego Jakuba Większego, jednego z dwunastu apostołów, uczniów Jezusa Chrystusa. Miejsce spoczynku świętego jest jednym z najwspanialszych dzieł architektury romańskiej w Hiszpanii i jedną z najważniejszych świątyń średniowiecza.
Trasa rowerowej pielgrzymki, jak opowiada Zbigniew Domański, była bardzo trudna, górzysta i wymagała ogromnego wysiłku. Prowadziła przez urokliwe hiszpańskie miasteczka oraz malownicze pola z plantacjami winorośli. Można było podziwiać szereg obiektów sakralnych z ponadtysiącletnią tradycją. Na trasie napotkać można było pielgrzymów z całego świata. Pieszo, konno, czy, jak pan Zbyszek rowerem - wszyscy zmierzali w jednym kierunku do św. Jakuba. Punktem kulminacyjnym pielgrzymki było dotarcie do katedry w Santiago de Compostela i uczestnictwo we mszy świętej.
W Santiago pan Zbyszek oraz pozostali cykliści otrzymali compostelę, czyli certyfikat świadczący o ukończeniu pielgrzymki. Ostatnim etapem pielgrzymki było dotarcie do miasteczka Fisterra - co oznacza koniec świata oraz miasteczka Muxia, za co otrzymał dodatkowe certyfikaty. Legenda głosi, że to właśnie po dotarciu na koniec świata pielgrzymi kończyli swą wędrówkę, zrzucali stare ubranie, obmywali się w oceanie z grzechów i rozpoczynali nowe życie.
- Szlak jest do pokonania, ale tylko dla wytrawnych cyklistów, odpornych na wszelkie trudności, zwłaszcza upały. Przebycie takiej trasy uczy pokory - dodaje Zbigniew Domański.
Pierwszy drogowskaz na trasie pielgrzymki wskazujący drogę do Santiago
Zbigniew Domański (pierwszy z lewej) na trasie pielgrzymki
fot. arch. domowe Artura Świtalskiego ZŁOTA PIĄTKA
Pan Zbyszek, pomimo ukończonych 67 lat, z rowerem prawie się nie rozstaje. Organizuje liczne rajdy rowerowe. Na dwóch kółkach zwiedza całą Polskę oraz uczestniczy w zagranicznych rajdach i wycieczkach.
Pomysł odbycia rowerowej pielgrzymki do Santiago de Compostela zrodził się w październiku i listopadzie ubiegłego roku. Motorem napędowym stało się wydanie przewodnika po Jakubowym Szlaku Pielgrzymkowym. Z jednym z późniejszych współtowarzyszy rowerowego pielgrzymowania Arturem Świtalskim z Gniezna, pan Zbyszek znał się już od blisko 5 lat. Razem pielgrzymowali rowerami do Częstochowy. To właśnie pan Artur obdzwonił wszystkich znajomych cyklistów z propozycją udziału w rowerowej pielgrzymce do Hiszpanii. Pan Zbyszek zgodził się od razu. - Zastanawiałem się, jak tutaj Zbyszka przekonać, a tu odpowiedź była natychmiastowa „tak jadę, zobaczymy tylko, co żona powie“. Ale odpowiedź była zdecydowana, „tak jadę“ - opowiada Artur Świtalski. I właściwie tak to wszystko się zaczęło. Pierwotnie grupa miała liczyć 15 osób. Jednak w trakcie przygotowań dziesiątka się wykruszyła. Pozostała tylko złota piątka i tak widocznie musiało być. Z panem Zbigniewem i panem Arturem w trasę rowerowej pielgrzymki wyruszyli jeszcze Anna Pawełczyk, Aleksandra Dittrich-Jaroń i Łukasz Jaroń - wszyscy z Lusówka w województwie wielkopolskim.
WSPARCIE OD PRYMASA
Wszyscy przystąpili do Polskiego Klubu Camino de Santiago i uzyskali poparcie potwierdzone 15 kwietnia specjalnym zaświadczeniem prymasa Polski abp. ks. Wojciecha Polaka, gdzie prymas Polski zaświadczył, że wymienione osoby są pielgrzymami zmierzającymi do Santiago de Compostela. Wyżej wymienieni wyruszyli rowerami ze Strzelna, Gniezna i Lusówka 29 czerwca, by razem dotrzeć do Santiago de Compostela przed 13 lipca. Są znani, cieszą się dobrą opinią na terenie Archidiecezji Gnieźnieńskiej. Prosimy o życzliwe udzielanie im pomocy - na miarę możliwości - w czasie ich rowerowej pielgrzymki - napisał prymas Polski. Takie zaświadczenie w języku polskim i hiszpańskim cykliści zabrali z sobą na pielgrzymkowy szlak.
TRUDNĄ TRASĄ
Zanim ruszyli w trasę odbyli kilkanaście spotkań roboczych, podczas których zastanawiali się, jaką trasę pielgrzymowania wybrać. Wybrali trudniejszą. Myśleli sobie, że pielgrzymka do Santiago to albo za pokutę, albo z jakąś intencją, czyli nie może być zbyt łatwo. Wówczas stwierdzili, że pojadą szlakiem trudniejszym - północnym. Szlak północny z opowieści, które przekazywali im inni turyści, miał być taki, że najpierw będzie trochę gór w okolicach Bilbao, później to generalnie niziny i później trochę gór w okolicach Santiago i to wszystko.
- Tutaj trochę zaprocentowała moja nieznajomość geografii. Zaplanowaliśmy sobie po 150 km dziennie do pokonania, mówiliśmy, że może nawet uda się 200 km dziennie zrobić. W ramach treningu zanim wyruszyliśmy do Santiago robiliśmy po 200 km. I dlatego nasze zamiary nie były bezpodstawne, bo uważaliśmy, że jesteśmy jakoś tam przygotowani - opowiada Artur Świtalski.
DO BERLINA I DO BILBAO
28 czerwca piątka wspaniałych wyruszyła na pielgrzymkowy szlak. Najpierw pan Zbyszek pojechał do Gniezna, skąd wspólnie z panem Arturem udali się do znajomych do Poznania, tam były rowery demontowane do kartonów. Te paczki nazwali bojlerami. W jednej paczce było spakowanych pięć kół do ich pięciu rowerów. Gdyby taka paczka zaginęła, to po prostu dalsza jazda byłaby niemożliwa. - Ta paczka była kluczem do użyteczności wszystkich rowerów - opowiadają panowie. Przed wylotem z Polski w specjalnym paszporcie pielgrzyma, w którym wbijane były pieczątki każdego ważniejszego miejsca na trasie pielgrzymowania, uzyskali pierwsze pieczęcie, kończąc pierwszy etap pielgrzymowania. Jedna pieczęć pochodziła z kościoła pw. św. Jakuba z Modliszewka, druga z katedry gnieźnieńskiej. Z Poznania jechali dwoma samochodami do Berlina i z berlińskiego lotniska udali się do Bilbao. Po przylocie trzeba było najpierw złożyć rowery. Po godzinie wszystkie rowery były już poskładane. Ruszyli w trasę zaopatrzeni w muszle - znak pielgrzymów - zamontowane z tyłu na torbach, i paszporty, dzięki którym wiele drzwi się otwiera. Jedna trzecia ich ekwipunku to był sprzęt naprawczy do rowerów, czyli dętki, wentyle, pompka, narzędzia, części zapasowe do rowerów.
Część stempli zebrana przez pana Zbyszka w paszporcie pielgrzyma
Zbigniew Domański przed katedrą w Santiago de Compostela
fot. arch. domowe Artura Świtalskiego TRUDNIEJ NIŻ MYŚLELI
Zakładali, że pokonają dziennie około 100 km, jak się jednak okazało w pierwszy dzień zrobili raptem 15 km.
- Można sobie tylko wyobrazić, co nas tam spotkało. Już od początku czekała na nas niespodzianka. Pierwsze trzy czwarte drogi rowery pchaliśmy, takie były góry, że nie byliśmy w stanie jechać. Tylko Zbyszek jechał. To, że robiliśmy po 200 km dziennie jako przygotowani tutaj, tam okazało się niczym, ponieważ robiliśmy przygotowania długodystansowe, jakby wyczynowe, a trzeba było robić przygotowania siłowe, po prostu, żeby podjechać pod górę - opowiada Artur Świtalski.
Jeszcze przed wyjazdem przyznali sobie różne funkcje, jeden zajmował się sprawami medycznymi, ktoś inny trasą, jeszcze inny sprawami technicznymi. Jednak przez całą dwutygodniową pielgrzymkę nic się nie stało, poza tym, że trzeba było uzupełniać powietrze, posmarować łańcuch, czy łożysko, bo zaczęło piszczeć. Poza tym żadnych defektów nie było.
- To, że wszystko szło dobrze czuło się w powietrzu, wiele razy dochodziło do sytuacji takich, że myśleliśmy teraz będzie ciężko, teraz będzie źle, że może coś się zepsuje, czy coś się nie uda. Jednak nigdy do czegoś takiego nie doszło. Czuło się, że nie jedziemy sami, a miał na to wpływ aspekt duchowy, który istniał gdzieś ponad nami, ale to się czuło. Jadąc oczekiwaliśmy, że nastąpi ten moment, że poczujemy się, że nastąpi w nas wewnętrzna przemiana. Czuliśmy opatrzność, bo mimo balansowania między myślami, czy zdążymy, czy ktoś nas przyjmie, czy dostaniemy jeść, czy wystarczy pieniędzy. Nie, właściwie nic złego nam się nie przydarzyło - mówi Zbigniew Domański.
NOCLEGI W ALBERGUACH
Na trasie pielgrzymki nocowali w alberguach, miejscach, do których raczej nie wpuszcza się turystów, mogą tam wejść tylko osoby, które mają specjalny paszport.
Z pobytem w schronisku wiąże się jedno z ciekawych wspomnień pielgrzymów. Na pierwszy nocleg zjechali około 2200. Zakwaterowani zostali w piątkę w jednym z pokoi. Wszyscy bardzo zmęczeni szybko zasnęli. Jakież było ich zdziwienie, gdy budząc się rano w pokoju, gdzie kładli się spać w piątkę, było dodatkowo jakieś 20 osób. To były osoby, które doszły w nocy, a cykliści byli tak wykończeni, że nawet nie słyszeli, jak oni do pokoju weszli. - Było tam duszno, głośno od chrapania i kaszlu, że bez stoperów w uszach i masek tlenowych nie dało się spać. Dlatego wstaliśmy bardzo wcześnie. Na tyle wcześnie, że nie było tam jeszcze nikogo, kto mógłby wydać nam nasze rowery. Musieliśmy więc czekać na obsługę, która przyszła później. I dopiero wówczas mogliśmy szykować się w dalszą trasę. W tych „alberguach“ były warunki skrajnie różne, od zupełnie kiepskich do warunków polskiego średniego hotelu - opowiadają rowerzyści.
Na śniadanie, co ich bardzo dziwiło, były ziemniaki z chlebem i zawsze wyśmienita kawa. Co dzień udawało im się coraz więcej kilometrów nakręcić. Najpierw było to 40 km, później 60 km, aż doszli do pułapu 100 km. - Ale nici z naszych planowanych 160 km dziennie, w związku z czym nie mieliśmy żadnego dnia wolnego. Jechaliśmy dzień w dzień od rana do późnego wieczora - mówi Zbigniew Domański.
KIEROWALI SIĘ ZNAKAMI
Po pierwszym noclegu w Bilbao wyjechali wcześnie rano, ale tak naprawdę nie wiedzieli jeszcze dokąd jadą, wszyscy mówili im, że trzeba ruszyć, to gdzieś się zobaczy znaki. Znakami miały być muszelki. Oni jechali, ale żadnych muszelek nie widzieli. Po pewnym czasie zauważyli jakieś żółte strzałki, tak jakby ktoś bawił się w podchody. Pomyśleli, że może to właśnie te strzałki są drogowskazem. Te strzałki malują sami pielgrzymi i według tych strzałek mieli od tej pory pielgrzymować. Te znaki pojawiały się dosyć regularnie. To, że znajdują się na szlaku, potwierdzała masa ludzi, którzy wędrowali pieszo, z kijkami, którzy podążali w tym samym kierunku. Każdy napotkany na trasie znak pielgrzyma był dla nich jak filiżanka kawy, czy red bull, był silnym kopnięciem, każdy taki znaczek dawał im informację, że jadą w dobrym kierunku. Trudną trasę rekompensowały im przecudne widoki. Nie było kilku kilometrów, żeby odcinek był płaski. Podróżowali w 40 stopniach Celsjusza. Najwyższa temperatura, z którą musieli się zmierzyć, sięgała 43 stopni.
SPOTKANIE Z POLICJANTEM
Pan Artur opowiedział jedną z przygód, jaka przytrafiła im się na trasie, a którą długo będą wszyscy wspominać.
- Za betonowym murem przy wjeździe do Santander koleżanka musiała zatrzymać się na siusiu. Droga bardzo ruchliwa, cztery pasy ruchu. Podwójna linia przez środek i jadąca policja z naprzeciwka. Na motocyklu, taki rasowy, hiszpański policjant z rewolwerami, pałami, uzbrojony cały, z czarną brodą, jedzie i w pewnym momencie, gdy nas mijał spojrzał i zobaczył sikającą koleżankę. Przejechał kawałek dalej, włączył sygnał, zawrócił na tych podwójnych liniach i jechał wyraźnie w naszym kierunku. Pomyśleliśmy, że będzie zakuwał nas w kajdanki. Taki był nagrzany. Koleżanka zdążyła w tym momencie przeskoczyć przez ten murek. Policjant do nas podjechał, coś mówił, czuliśmy jego negatywne emocje. W pewnym momencie zobaczył napis na naszych koszulkach z tyłu. Tam było napisane, że z Polski do Santiago i wtedy dosłownie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawił się u niego uśmiech na twarzy, „Buen Camino“, czyli dobrej drogi powiedział i ciach zawrócił, i tyle go widzieliśmy. To był właściwie nasz pierwszy kontakt z człowiekiem, który mógł nam jakąś szkodę wyrządzić. Ale tak się nie stało i potwierdziło się, że dla tamtych ludzi pielgrzym jest kimś innym, wyjątkowym - opowiada pan Artur.
Niektóre etapy trasy były tak ciężkie, że nie dało się jechać, a rower trzeba było prowadzić
fot. arch. domowe Artura Świtalskiego
Zbigniew Domański przy zabytkowych kolumnach, unikatowym zabytku romańskim. W całej Europie, oprócz kolumn w bazylice w Strzelnie, zachowały się rzeźbione kolumny tylko w Hiszpanii w Santiago de Compostela (w katedrze św. Jakuba) oraz we Włoszech, w Wenecji (w katedrze św. Marka)
fot. z arch. domowego Artura Świtalskiego LEŚNE ŹRÓDEŁKO
Cykliści wspominają też, że najwięcej problemów mieli z praniem odzieży. Chociaż w dzień było tam 40 stopni, to w nocy była tak wysoka wilgotność powietrza, że pranie nie schło, w związku z tym suszyli ubrania rozwieszone na rowerach.
- Wyglądaliśmy pewnie jak Cyganie, ale nie było wyboru, inaczej nie dało rady - śmieje się pan Zbyszek.
Na trasie czekało ich jeszcze wiele innych przygód. Jednej z nich tuż przed dotarciem do Santiago, a której głównym bohaterem stał się Zbyszek Domański, pan Artur długo nie zapomni. Bo przygoda omal nie doprowadziła go do zawału serca. Otóż przejeżdżając przez górzystą część trasy w pewnym momencie zabrakło im sił. Tylko pan Zbyszek zniknął im za wzniesieniem. - Ja tam padłem. To był bardzo ciężki odcinek. Jadąc ze wzniesienia obładowany bagażem osiągnąłem 81 km/h. To dla rowerzysty niesamowita prędkość. Jechaliśmy, a Zbyszek nas coraz bardziej wyprzedzał. Zakręty, wzniesienia, góry, a Zbyszek cały czas z przodu. Po czym dojechaliśmy na wierzchołek, z prędkością 80 km/h na dół zjechaliśmy do znajdującej się tam miejscowości, a Zbyszka tam nie ma. Przyznaję szczerze, że wtedy miałem czarne wizje. Co ja powiem szanownej małżonce Zbyszka, jeśli Zbyszek gdzieś tam nam przy tej prędkości 80 km/h pojechał prosto, zamiast skręcić. Wsiadłem więc na rower, zamiast zostawić toboły, to ruszyłem szukać Zbyszka tak obładowany. Próbowaliśmy się skontaktować ze Zbyszkiem telefonicznie, ale tam w Hiszpanii ciężko o połączenia. Pierwszy raz w życiu przejechałem w takim tempie, taki dystans pod górę, w słońcu, by znaleźć Zbyszka. W którymś momencie, gdy miałem już połowę góry poza sobą, zobaczyłem, że jedzie z naprzeciwka samochód. Próbowałem go zatrzymać, ale kierowca na siłę chciał mnie ominąć. Położyłem więc na drodze rower i stanąłem. Gdy się zatrzymali, pytam, czy nie widzieli Zbyszka (śmiech). Oni tylko kiwali głową, że nic nie rozumieją. Spytałem po hiszpańsku, czy nie widzieli jednego roweru, wtedy oni zaczęli krzyczeć „si, si“ i pokazują na górę. Przejechałem jeszcze może z pół kilometra i zobaczyłem, że jedzie Zbyszek, ucieszyliśmy się, że znowu się widzimy, że żadnego nieszczęścia nie ma. Okazało się, że Zbyszek przekonany o tym, że tak nas wyprzedził, że sporo jesteśmy za nim wszedł do lasu, by ze źródełka napić się wody, a my nie widząc Zbyszka przejechaliśmy dalej i zjechaliśmy do miasteczka - opowiada Artur Świtalski.
ROGATKI SANTIAGO
Niesamowite wrażenie i ulgę przyniosły im ujrzane pierwsze drogowskazy do Santiago de Compostela. Zanim tam dotarli, wjechali na wzgórze Monte do Gozo, czyli Wzgórze Radości. Nazwa jak najbardziej adekwatna do uczuć, jakie budzą się w pielgrzymach po dotarciu tutaj. Z Monte do Gozo po raz pierwszy mieli okazję zobaczyć cel pielgrzymowania. Ze wzgórza rozpościera się bowiem widok na całe Santiago de Compostela, w tym na wieże katedry, do której zmierzali. Cel podróży wskazywały im posągi pielgrzymów. Na Monte do Gozo znajduje się Europejskie Centrum Pielgrzymowania im. Jana Pawła II (Centro Europeo de Peregrinacion Juan Pablo II), któremu przewodniczy polski ksiądz - saletyn ojciec Roman Wcisło.
Następnego dnia dotarli na rogatki Santiago. Docierając pod katedrę mieli w oczach łzy wzruszenia. Santiago różni się od Częstochowy tym, że tam przez cały rok wchodzą nowi pielgrzymi z całego świata.
- Po chwili to my w Santiago już byliśmy miejscowymi, a ci którzy docierali byli tymi nowymi pielgrzymami. Tych pielgrzymów kolejnych się witało, bo oni chcieli, żeby ich powitać, czuli, że dokonali czegoś wielkiego. Wszyscy witani byli bardzo ciepło oklaskami i wiwatami. Jak ludzie po naszych koszulkach zobaczyli, że jesteśmy z Polski, to się z nami witali, robili nam zdjęcia, bo np. mają rodzinę w Polsce, albo bo nas podziwiali. Niezmierna radość móc złożyć przed św. Jakubem swoje intencje, uklęknąć przed nim - usłyszeliśmy.
Pielgrzymka, jak mówi Zbigniew Domański, była dla nich ciągiem pozytywnych zdarzeń, które wiele razy nie miały prawa się dobrze skończyć, a jednak dobrze się kończyły. - Stanęliśmy przed katedrą napawając oczy piękną budowlą, wrażenie niesamowite. Tego nie da się opisać słowami - mówi wzruszony pan Zbyszek.
MUSZLE, SYMBOL PRZEBYTEJ DROGI
Z Santiago de Compostela cykliści zamierzali jeszcze dotrzeć do miasteczka Fisterra - co oznacza koniec świata oraz miasteczka Muxia, za co otrzymali dodatkowe certyfikaty. Było już późno, a mieli jeszcze do pokonania ok. 60 km. Później okazało się, że był to najcięższy kawałek drogi, jaki pokonali przez cały etap pielgrzymowania. - Ten odcinek był najtrudniejszy do pokonania jeśli chodzi o jakość dróg. Były to drogi leśne, były kamieniste. W pewnym momencie zastanawialiśmy się nawet, czy aby na pewno jesteśmy na szlaku. Ale były oznaczenia muszelkami, więc byliśmy na szlaku. Dotarliśmy w końcu do miejsca, gdzie od tysięcy lat docierają ludzie. Tam palą rzeczy, przebierają się, zabierają muszle i wracają do domów i zaczynają nową drogę swojego życia - usłyszeliśmy.
Jednak, jak dodaje pan Zbyszek, obecnie na wielu skałkach są napisy, by nie palić rzeczy. Dosłownie są tam napisane takie słowa: Pijcie, palcie, uprawiajcie seks, ale nie palcie ognisk i nie palcie swoich ubrań. Niestety, pomimo apeli te ogniska nadal tam płoną. Jest tam przygotowane specjalne miejsce na pamiątki pielgrzyma, gdzie ludzie zostawiają np. swoje buty, zostawiając całe swoje życie za sobą. - Stąd pochodzi symbol drogi św. Jakuba, czyli muszla. Docierający nad ocean pielgrzymi zabierali muszle, jako dowód przebytej drogi. Dziś można je kupić na całej trasie, a najwięcej właśnie w Santiago - mówi pan Zbyszek.
Drogę do Santiago, jak dodają cykliści, można pokonać pieszo, rowerem albo konno.
- Ponieważ Santiago de Compostela od XII wieków przyzwyczajone jest do pielgrzymów, byli przygotowani na to, by mieć kartony. Pomogli nam szybko spakować rowery i udaliśmy się na lotnisko w Santiago. Ostatnie pamiątkowe zdjęcia na lotnisku w Santiago i powrót do domu - mówi Artur Świtalski.
Wysiedli szczęśliwi i zadowoleni na lotnisku w Berlinie, skąd samochodami udali się do swoich domów.
Na zakończenie Zbigniew Domański i Artur Świtalski mówią zgodnie, że Santiago de Compostela, to jedno z trzech bardzo ważnych miejsc dla katolika. Jest wśród nich jeszcze Rzym i Ziemia Święta. Camino nie jest tylko dla chrześcijan, nie tylko dla katolików. Camino jest dla wszystkich, dla wierzących i niewierzących. Idzie się z jakimiś intencjami do św. Jakuba, idzie się z własnymi myślami, ale idzie się też po to, żeby doświadczyć siebie, żeby zmienić się wewnętrznie. Dlatego tak wielu ludzi to miejsce odwiedza.
- Jest bardzo trudno opowiadać o wszystkim. Mamy nadzieję, że państwo wsiądziecie na rower i pojedziecie, bo my pojechalibyśmy jeszcze raz. My owoce pielgrzymowania zbieramy każdego dnia i na kolejne oczekujemy - dodali cykliści.
Magdalena Lachowicz
Pałuki nr 1245 (51/2015)
Przejdź do forum.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze