Zbliżała się północ, w środę 9 listopada 1910 r. W Domu Katolickim przy ul. św. Marcina 69 w Poznaniu za drzwiami tzw. czerwonego pokoju obradowali członkowie Rady Głównej Towarzystwa Demokratyczno-Narodowego. Około 23.30 usłyszeli dochodzący z korytarza potężny huk oraz pojękiwania. Wybiegli na korytarz.
Ksiądz Piotr Wawrzyniak fot. arch. Muzeum Ziemi Mogileńskiej w Chabsku
Proboszcz mogileńskiej fary ks. Piotr Wawrzyniak przebywał w Poznaniu od trzech dni. Od poniedziałku 7 listopada 1910 r. przewodniczył w Poznaniu dwudniowym obradom Sejmiku Oświatowego. Rozmawiano tam m.in. o kondycji Czytelni Ludowych i o dostępie do oświaty pod okiem zaborcy pruskiego. Po jego przemowie zgotowano mu owacyjne Niech Żyje.
W środę 9 listopada też miał w Poznaniu wiele spotkań i zebrań. Między innymi uczestniczył w posiedzeniu Rady Nadzorczej Spółek Zarobkowych i Gospodarczych.
Wieczorem pojawił się zmęczony w budynku Domu Katolickiego przy ul. św. Marcina 69. Tutaj na I piętrze miał swoje mieszkanie. Jego kościelni zwierzchnicy zgodzili się, by poza mieszkaniem na plebanii farnej w Mogilnie miał też drugie mieszkanie w Poznaniu. Wszystko to przez ogrom obowiązków, które przez cały tydzień wypełniał. Jego codzienne powroty do Mogilna były praktycznie niemożliwe.
Każdy kolejny tydzień jego pracy wyglądał tak samo. Od poniedziałku do soboty wizytował polskie organizacje finansowe, doglądał na terenie zaboru pruskiego pracy spółdzielni, towarzystw, stowarzyszeń. Zapuszczał się także na teren pozostałych dwóch zaborów. Zawsze w sobotę późnym popołudniem wracał koleją do Mogilna. Wysiadał na dworcu kolejowym i pieszo spacerkiem szedł w kierunku plebanii przy farze. Gdy wracał w soboty do domu pilnie się zwykle dopytywał, co w parafii się dzieje, czy kto nie umarł, czy nie zaszło co ważnego, wszystko go interesowało - tak wspominał swego proboszcza w latach 30. poprzedniego wieku na łamach Mogileńskiego Tygodnika Parafialnego jego przyjaciel, najbliższy mogileński współpracownik ks. Mieczysław Brodowski. W niedzielę ks. Wawrzyniak słuchał spowiedzi, odprawiał msze św. i w poniedziałek znowu wyjeżdżał.
Jeździł koleją, choć na początku pobytu w Mogilnie miał samochód. Wolał ten środek lokomocji, gdyż miał więcej czasu na pracę, czytanie, przygotowywanie się do kolejnych spotkań i zebrań oraz kontakt z ludźmi.
Gdy wrócił w środę 9 listopada do Domu Katolickiego, jednemu ze swoich współpracowników około 22.30 powiedział, że jeszcze tylko odmówi różaniec, a potem pójdzie spać do swojego pokoju. Kurier Poznański pisał 11 listopada 1910 r., że około 23.30 ks. Wawrzyniak szedł korytarzem na I piętrze tylnego skrzydła Domu Katolickiego. Kierował się w stronę sekretariatu Związku Księży Abstynentów, a dalej korytarz już prowadził do jego mieszkania we frontowej części budynku.
Chciał wypocząć, gdyż następnego dnia w czwartek 10 listopada miał wyjechać na krótki odpoczynek i leczenie do Wiesbaden.
Kłopoty ze zdrowiem go nie opuszczały. Głównie wynikały one z tytanicznej wręcz pracy, którą wykonywał podczas cotygodniowego objazdu polskich organizacji finansowych, towarzystw i stowarzyszeń. Jak pisał ks. Brodowski w Mogileńskim Tygodniku Parafialnym: Kiedy w ostatnim czasie z powodu niedomagania na zdrowiu doradzano mu, aby położył się do łóżka, sprzeciwił się stanowczo mówiąc: „nie mam czasu na chorowanie.
Trzy tygodnie przed śmiercią lekarze stwierdzili u niego atak kurczowy serca, który ustał dopiero po półtorej dobry. Choroba serca prześladowała go już od 1894 r., jak był jeszcze proboszczem w Śremie. Do Mogilna przybył w 1898 r. Pomimo leczenia, choroba jednak nie ustępowała, głównie ze względu na bardzo intensywny, pracowity i wyczerpujący styl życia. W 1907 r. pojawiło się u niego trwające przez trzy tygodnie zapalenie żył. Od 1908 r. organizm dopadła cukrzyca - dochodziło do tego, że miewał zaniki pamięci. Kupując bilet w okienku na dworcu w Poznaniu potrafił zapomnieć, że jedzie do Mogilna i kupował bilet do Gniezna.
Dlatego lekarze skierowali go do wód w Wiesbaden. Wcześniej już tam jeździł, podobnie jak wypoczywał w uzdrowiskach, w Karlovych Varach, Krynicy i Zakopanem. Lekarze zalecali mu także dietetyczne odżywianie. Musiał dlatego zrezygnować z jedzenia ulubionej golonki wieprzowej. Miał też mniej pić alkoholu. Sięgał po niego zawsze do proboszczowskiej piwnicy, gdy na plebanii w Mogilnie odwiedzali go przyjaciele. Najbardziej lubił piwo, potem czerwone wino. W proboszczowskiej piwnicy trzymał jednak zawsze kilka gatunków wódki.
Gdy przechodził korytarzem Domu Katolickiego obok tzw. czerwonego pokoju - upadł. Za drzwiami tzw. czerwonego pokoju obradowali akurat członkowie Rady Głównej Towarzystwa Demokratyczno-Narodowego. Hałas spowodowany upadkiem był ogromny, gdyż ksiądz był mężczyzną potężnej postury i budowy ciała, mierzącym ponad 180 cm wzrostu.
Obradujący wybiegli na korytarz i przenieśli go do znajdującego się obok sekretariatu Związku Księży Abstynentów. Obecni w budynku lekarze, m.in. dr Antoni Chłapowski, próbowali udzielić mu pomocy. Wezwany z leżącej tuż obok parafii farnej ks. Świniarski udzielił nieprzytomnemu księdzu ostatniego namaszczenia olejami. Zgon nastąpił jeszcze 9 listopada około 24.00. Ciało zostało przeniesione do jego poznańskiego mieszkania. Wezwany urzędowy lekarz potwierdził zgon ks. Wawrzyniaka o 0.15, czyli już 10 listopada. Stąd w wielu publikacjach można dziś spotkać dwie daty zgonu, 9 lub 10 listopada.
- Wszystko to trwało zaledwie kwadrans - donosił 11 listopada 1910 r. Kurier Poznański.
Dom Katolicki w Poznaniu stał się Domem Pogrzebowym. Tutaj żegnali go przedstawiciele organizacji, którymi kierował, które zakładał, którym poświęcał swój czas.
Informacja o śmierci księdza błyskawicznie dotarła do Mogilna.
Akurat w mogileńskiej farze odbywały się misje. Regularność misji w Mogilnie, parafia farna zawdzięczała także ks. Wawrzyniakowi, który nie bacząc na opór pruskich landratów zapraszał misjonarzy do Mogilna.
W 1935 r. ks. Brodowski tak wspominał w Mogileńskim Tygodniku Parafialnym dzień 10 listopada: Jeszcze dziś żywo mamy w pamięci, jakie poruszenie wywołała smutna wieść o śmierci ks. Wawrzyniaka wśród ojców i mężów parafii mogileńskiej - naszych pradziadów, zgromadzonych w kościele z racji odbywającej się wówczas misji, gdy o. Misjonarz (Stach) przemówienie swoje do ojców przed komunią św. generalną zakończył tymi słowami - „A teraz ofiarujcie Komunię św. za waszego duszpasterza ks. Prałata Wawrzyniaka, który tej nocy zmarł nagle w Poznaniu”. Jeden jęk bolesny wydarł się z kilkuset piersi męskich i poniósł się po kościele i w niejednym oku zabłysła łza szczerego żalu i smutku.
W Poznaniu tymczasem już w czwartek 10 listopada powołany został Komitet Pogrzebowy. Zajął się on zorganizowaniem pogrzebu, czyli żałobną akademią w Domu Katolickim (weszło na nią tylko kilkaset osób i to za okazaniem specjalnej przepustki), mszą w poznańskiej farze, transportem trumny do Mogilna i pogrzebem w Mogilnie.
W samym komitecie były rozbieżności, co do miejsca pochowania ciała. Część uważała, że ks. Wawrzyniak jest tak zasłużony dla Wielkopolski, iż powinien spocząć na tzw. Skałce Poznańskiej w kościele św. Wojciecha. Większość uznała, że powinien zostać pochowany w Mogilnie. Te dywagacje i tak nie miały większego sensu, gdyż ks. Wawrzyniak już za życia jasno określił, że chce być pochowany w Mogilnie. Sam też wskazał miejsce na cmentarzu, gdzie mają spocząć jego zwłoki. Cmentarz w Mogilnie był jego ulubionym miejscem. To on zlecił jego nowe zaprojektowanie z wytyczonymi alejkami. To on często odpoczywając przepływał łódką ze wschodniego brzegu Jeziora Mogileńskiego na zachodni brzeg, by pospacerować po wzgórzu cmentarnym i pomodlić się w istniejącym tam do 1940 r. drewnianym kościele św. Klemensa.
Redaktor Przewodnika Katolickiego ks. Józef Kłos podczas mszy żałobnej w poznańskiej farze w sobotę 12 listopada podkreślał, że nie było takiego dnia w życiu ks. Wawrzyniaka, aby nie znalazł on czasu na odmówienie koronki do Matki Boskiej. Zdaje się więc, że modlitwa do Matki Boskiej była ostatnią jego modlitwą, która wyprzedziła spoczynek wieczny - mówił ks. Kłos.
Jeszcze kilka dni temu słuchaliśmy przy końcu Sejmiku Oświatowego, jak z ust jego płynęły złote słowa wysokich i szczytnych myśli o oświacie ludu. I pod wrażeniem tych słów wołaliśmy z uniesieniem „Niech żyje”. Takie to życzenia ludzkie. Drugiego dnia powiedział Pan Bóg „Morte morietur - Niech umrze - mówił ks. Kłos.
Z fary ulicami Poznania, trumna z ciałem ks. Wawrzyniaka została przeniesiona na towarowy dworzec kolejowy, skąd pociąg zawiózł ją do Mogilna.
Tym samym znowu w sobotę i to o podobnej godzinie (17.00), ks. Wawrzyniak wrócił do Mogilna. Tym razem jednak nie po to, by odprawić tu msze święte i słuchać spowiedzi. I nie po to, by w poniedziałek znowu stąd wyjeżdżać. Tym razem został na zawsze.
Marek Holak
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1082 (45/2012)
Źródła: Czesław Łuczak, Ks. Piotr Wawrzyniak (1849-1910), Poznań 2000.
Roczniki Mogileńskiego Tygodnika Parafialnego z lat 1936-1939.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze