Reklama

Spłonęło 5 samochodów i ciągnik

W pożarze stodoły sołtysa Bożejewic (gm. Strzelno) Kazimierza Kolczyńskiego spaliło się 5 samochodów, ciągnik oraz wiele maszyn i urządzeń - straty sięgają 100.000 zł. Celowe podpalenie przez domowników nie wchodzi w grę, bo auta i stodoła nie były ubezpieczone. - „Ja widziałem już spalone samochody, ale nie tak, żeby została goła blacha i nic więcej” - mówi syn sołtysa Zbigniew Kolczyński.

         fot. Paweł Lachowicz

Ogień, Bożejewice, samochody, pożar
     Spłonęło 5 samochodów i ciągnik
    W pożarze stodoły pełniącej rolę garażu spaliło się wiele maszyn i urządzeń - straty sięgają 100.000 zł. Nie można mówić o celowym podpaleniu przez domowników, bo auta i stodoła nie były ubezpieczone. Mało prawdopodobne jest także podpalenie przez kogoś z zewnątrz.

     ZAWARTOŚĆ STODOŁY SPŁONĘŁA
     Rodzina Kazimierza Kolczyńskiego, sołtysa Bożejewic (gm. Strzelno) kładąc się spać wieczorem, w środę 20 lutego, nie sądziła, że wczesnym rankiem następnego dnia obudzi ich wielki pożar na terenie gospodarstwa. Między 2:00 a 4:45 z nieznanych przyczyn doszło do zapalenia się, a w następstwie do całkowitego spalenia budynku stodoły wraz ze znajdującymi się wewnątrz maszynami rolniczymi. Spalił się opryskiwacz, sadzarka do ziemniaków, dmuchawa do zboża, kopaczka do ziemniaków, częściowo ciągnik rolniczy ursus 365P, quad i 6 rowerów.
     Ponadto doszczętnie spłonęło 5 samochodów osobowych. Seat ibiza z 1997 r. oraz ford fiesta z 1992 r. należały do sołtysa. To drugie auto sołtys Kolczyński zamierzał sprzedać. Jeden z synów sołtysa był właścicielem forda focusa z 1999 r., którego kupił jesienią ze względu na podjętą pracę poza miejscem zamieszkania. Ponadto w stodole znajdował się ford transit z 1992 r. Właścicielem fiata punto 2 był zięć sołtysa, 31-letni Tomasz M. z Jaroszewa (gm. Żnin), który wraz z żoną przyjechał do rodziców na weekend.
     Ciągnik ursus 365P był najstarszy, bo z 1989 r. - Ale on spalił się do połowy, bo silnik się nie spalił, więc będzie go można wyremontować. Samochody spaliły się doszczętnie. Ja widziałem już spalone samochody, ale nie tak, żeby została goła blacha i nic więcej. Wartość szacunkowa, jak na szybko podawaliśmy tylko wartość samochodów i z budynkiem wyszła niby 68.000 zł. Ale jeszcze w stodole były maszyny rolnicze, opryskiwacz oraz sadzarka do ziemniaków, był też quad i motorynka. A, że ojciec jest sołtysem, były również tabliczki z numeracją domów na Bożejewice i miały one być w tym roku zakładane. Myślę, że tak na spokojnie wszystkie straty można by oszacować na 100.000 zł. Każdy się dziwił, że tyle samochodów mieliśmy w jednym miejscu, ale skoro stodoła służyła jako garaż, to się tam samochody trzymało. Nas jest tutaj ośmioro rodzeństwa oraz rodzice i babcia oraz mieszka z nami narzeczony siostry. Ludzie mówią, że tyle samochodów, to jest coś podejrzane, ale jak każdy dojeżdża do pracy w inne miejsce, to każdy ma swój samochód - mówi syn sołtysa Zbigniew Kolczyński. 

Po pożarze pozostały tylko murowane części stodoły, wszystkie elementy drewniane strawił doszczętnie ogień

Reklama

       fot. Paweł Lachowicz

    NIE BYŁO CO RATOWAĆ
     Członków rodziny, o tym co się dzieje zaalarmował około 445 właściciel posesji Kazimierz Kolczyński.
     - Spałem, gdy około 5:00 nad ranem ojciec przybiegł do mnie do pokoju do góry i mnie obudził. Powiedział, że stodoła się pali, że mam szybko zejść, to samochody powyprowadzamy i wszystko co się da. Zbiegłem na dół tak jak wstałem, prosto z łóżka. Zobaczyłem, że ogień już do dachu zaczął dochodzić. Otworzyłem drzwi stodoły, gdy zobaczyłem co się tam dzieje, to powiedziałem do ojca, że nie ma co już tam ratować, bo już wszystkie samochody były spalone i zaczynał się ciągnik palić. Powiedziałem ojcu, że nie wchodzimy, bo nie ma co ratować. Zdążyłem drzwi zamknąć, a ze stropu spadły pierwsze belki - opowiada Zbigniew Kolczyński.
     W tym samym czasie córka sołtysa Sylwia zadzwoniła po straż pożarną. Pierwsza, jak wynika z relacji członków rodziny, zgłoszenie odebrała straż w Strzelnie z numeru alarmowego 998. - Razem z bratem pobiegliśmy jeszcze zobaczyć, czy nie ma jakiś śladów na śniegu, czy to czasem nie było podpalenie, ale tej nocy śnieg prószył i wiał wiatr więc wszystko było zawiane - dodaje Zbigniew Kolczyński.
     Rodzina opowiada, że w stodole nie było instalacji elektrycznej, gdyż została ona kiedyś odłączona ze względów bezpieczeństwa, gdy w stodole gospodarze trzymali słomę.
     PODPALENIE MAŁO REALNE
     O zdarzeniu poinformowana została także policja, którą powiadomił dyżurny KP PSP w Mogilnie.
     - Policja i straż pożarna pytali nas, czy mogło to być podpalenie lub czy mogło zapalić się od któregoś z samochodów. Policja pytała nas również, czy my może kogoś podejrzewamy o podpalenie i czy mamy jakiś wrogów. Ale my nie sądzimy, że ktoś zrobił to celowo. Podczas pierwszych oględzin stwierdzono, że mogło to być zapalenie się samochodu od elektryki lub katalizatora - dodał Zbigniew Kolczyński.
     Stodoła od dłuższego czasu służyła jako garaż, była murowana, a posadzka była wybetonowana. Wszystkie samochody były sprawne.
     - Wieczorem zaczęło mocno wiać i padał śnieg, to powiedzieliśmy szwagrowi, żeby wprowadził sobie samochód do stodoły - mówi Zbigniew Kolczyński. Po czym dodaje, że policja, po przybyciu na miejsce zdarzenia przesłuchiwała właścicieli aut. - Przesłuchali szwagra i brata, bo brat przyjechał najpóźniej z pracy, pół godziny po północy. Policjanci śledczy stwierdzili po zgliszczach, że pożar rozprzestrzeniał się od środka, i że można wykluczyć podpalenie od zewnątrz - mówił Zbigniew Kolczyński.
     Rodzina Kolczyńskich nie obawia się, że ktoś chciał ich podpalić, ale zastanawia się, jak mogło dojść do takiego pożaru. - Budynek oprócz znajdujących się tam samochodów był w zasadzie pusty. Nie było tam żadnych rzeczy, które mogłyby się łatwo zapalić i to jeszcze zimą. Można różnie to skomentować, bo czasami znajdzie się ktoś złośliwy i nie można tego wykluczyć, ale nie ma też żadnych dowodów na podpalenie - mówi pan Zbigniew.
     NIEUBEZPIECZENI
     Rodzina Kolczyńskich powiedziała też, że chodziły już pogłoski, jakoby sami sobie podpalili stodołę, żeby uzyskać wysokie odszkodowanie.
     - Mówią, że to celowe podpalenie, a przecież to nie miałoby sensu, gdyż żaden samochód nie miał opłaconego AC, bo przede wszystkim nie ubezpieczają w ten sposób samochodów starszych niż 10 lat. Budynek też nie był ubezpieczony od pożaru, nie wiadomo, czy jakieś odszkodowanie dostaniemy. To był pech, że akurat wszystkie samochody stały w tym jednym miejscu. Całe szczęście, że przyszły szwagier miał swój samochód pod domem, bo gdyby go również wprowadził do stodoły, to też samochód miałby spalony. Strata jest duża, tym bardziej, że wszyscy potrzebujemy samochody, żeby dojeżdżać do pracy. Najważniejsze, że się nikomu nic nie stało - dodał Zbigniew Kolczyński.
     BEZ AUT KŁOPOT
     Spalenie się samochodów, zwłaszcza tych osobowych, znacznie utrudniło życie rodziny Kolczyńskich. Zięć pana Kazimierza przyjechał do nich, bo dostał pracę w Janikowie. Chciał dwie noce się przespać i od poniedziałku jechać do pracy. Teraz miał załatwić sobie przesunięcie terminu podjęcia pracy o tydzień, gdyż czeka go zakup innego samochodu, którym będzie mógł do pracy dojeżdżać. Syn pana Kazimierza na dzień dzisiejszy do pracy dojeżdża z kuzynem z sąsiedniej wsi, ale też poszukuje samochodu do kupienia.
     NIEWYKLUCZONE ZWARCIE
     O los mieszkańców Bożejewic pytają też zatroskani sąsiedzi. Tym bardziej, że wieść o tragedii w gospodarstwie sołtysa błyskawicznie obiegła całą wioskę. - Ludzie pytają się, czy trzeba w czymś pomóc. Ojciec ma około 10 h pola. Obrabiał je tym ciągnikiem, co się spalił, a teraz będzie wydatek na remont ciągnika, a o stodole będzie się później myśleć - mówi Zbigniew Kolczyński.
     W akcji gaśniczej uczestniczyło 5 jednostek: KP PSP Mogilno, KP PSP Inowrocław, OSP Strzelno, OSP Gębice i OSP Ostrowo.
Od rzecznika prasowego kom. Tomasza Rybczyńskiego z KPP w Mogilnie dowiedzieliśmy się, że 51-letni właściciel posesji nie złożył wniosku o ściganie.
     - Na chwilę obecną przyczyna pożaru nie jest znana. Na razie nic nie wskazuje na udział osób trzecich w zdarzeniu. Niewykluczone, że do pożaru doszło w skutek zwarcia instalacji elektrycznej w jednym z samochodów, chodzi o „forda focusa” - podał komisarz Rybczyński.

Reklama

Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1098 (9/2013)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości