Głuche telefony, groźby, śledzenie, wulgarne wyzwiska
Straszył śmiercią i połamaniem nóg
Były strażnik poprawczaka w Trzemesznie Marian M. nie pogodził się z dyscyplinarnym zwolnieniem z pracy. Nękał pracowników zakładu, szczególnie dyrektora Grzegorza G. i jego zastępcę Rafała S. Danuta G. zeznała, że gdy Marian M. był na spacerze ze swoim psem i widział jej męża, to mówił do psa: - Widzisz, to jest czubek, głupek, ch.., ale ja go i tak z.....ę. Były strażnik przegrał proces o stalking.
OTWORZYŁ BRAMĘ POPRAWCZAKA
W polskim kodeksie karnym zapis dotyczący stalkingu, czyli uporczywego, złośliwego nękania mogącego wywołać poczucie zagrożenia występuje dopiero od czerwca 2011 r. Na początku bieżącego roku, po raz pierwszy na terenie ukazywania się naszej gazet i jako jeden z pierwszych w Polsce, zapadł skazujący wyrok za stalking. Wyrok i wydarzenia, które go dotyczą związane są z Trzemesznem.
Cała sprawa zaczęła się 21 maja 2010 r. Wtedy obecnie 56-letni Marian M. z Trzemeszna został dyscyplinarnie zwolniony z pracy w Zakładzie Poprawczym w Trzemesznie. Był tam zatrudniony na stanowisku strażnika. Zwolniony został za otwarcie bramy zakładu i wyjechanie swoim samochodem z terenu placówki. W regulaminie Zakładu Poprawczego stanowiło to rażące naruszenie obowiązujących przepisów. Mieszkaniec Trzemeszna odwołał się od decyzji o zwolnieniu dyscyplinarnym do Sądu Pracy, jednak sąd ten uznał zwolnienie za zasadne i podtrzymał decyzję kierownictwa zakładu.
GŁUCHE TELEFONY
Marian M. nie mógł się pogodzić z decyzją o zwolnieniu go z pracy. W związku z tym postanowił dać się we znaki pracownikom, a szczególnie dyrekcji Zakładu Poprawczego.
Wydarzenia z tym związane wyszły na jaw za sprawą Grzegorza G., dyrektora Zakładu Poprawczego w Trzemesznie. 19 grudnia 2011 r. Grzegorz G. na Komisariacie Policji w Trzemesznie złożył zawiadomienie, iż od maja 2010 r. jest nękany, prowokowany i obrażany przez swojego byłego podwładnego Mariana M. Poinformował także, że mężczyzna ten używa wobec niego gróźb karalnych oraz wiele razy dzwoni do niego na telefon komórkowy oraz stacjonarny.
Jak zeznał, Marian M. zadzwonił do niego pierwszy raz anonimowo, sugerując, że odpowiada na ogłoszenie i chce kupić samochód. Najpierw wypytywał o szczegóły samochodu, a później zaczął żartować i się śmiać. Grzegorz G. gdy poznał głos swojego byłego podwładnego, rozłączył się. Później z tego samego numeru miał wiele innych połączeń na swój telefon komórkowy. Gdy odbierał, nikt się jednak nie odzywał. Zdarzało się, że takich połączeń było kilka dziennie. Później przestał je w ogóle odbierać. Po jakimś czasie zaczął jednak otrzymywać głuche telefony na telefon domowy.
WYZYWAŁ OD CZUBKA
Były strażnik Zakładu Poprawczego miał szeroki repertuar sposobów nękania swojego byłego szefa. Dyrektor ZP zeznał na policji, że Marian M. przejeżdżając koło jego domu samochodem kilka razy trąbił. Tak samo robił, gdy widział go idącego ulicą. Wtedy także zwalniał samochodem i dostosowywał prędkość pojazdu do idącego Grzegorza G.
Dyrektor ZP zeznał również, iż Marian M. wychodzi po niego po pracy i czeka w jednej z bocznych uliczek. Były strażnik miał wyzywać dyrektora G. od: czubków, idiotów, ch...w. Groził, że go zaj...e i wykończy.
Po kilku miesiącach Grzegorz G. opowiedział o tych przypadkach dzielnicowemu Komisariatu Policji w Trzemesznie. I od tamtej pory przez kilka miesięcy miał spokój. Jednak od września 2011 r. znów był nękany. Ponownie wykonywane były głuche połączenia na telefon stacjonarny i wróciły przypadki trąbienia samochodem podczas przejazdów obok domu Grzegorza G. Marian M. znów zaczął wychodzić po Grzegorza G., gdy ten wracał z pracy. Chcąc uniknąć konfrontacji dyrektor ZP zmieniał drogę powrotu do domu lub opóźniał wyjście z pracy. Jak opowiedział policji, natknął się na czekającego na niego Mariana M. np. 15 listopada 2011 r., gdy wracał wieczorem z pracy.
- Ty czubku, ja ciebie zaj...ę i tak was wykończę - miał wtedy powiedzieć były strażnik do dyrektora.
GROZIŁ I PLUŁ
Grzegorz G. poinformował policję, że także inni pracownicy Zakładu Poprawczego twierdzą, że są nękani przez Mariana M. od momentu, gdy został on dyscyplinarnie wyrzucony z pracy. W związku z tymi zeznaniami 24 grudnia 2011 r. trzemeszeńska policja wszczęła dochodzenie pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Gnieźnie. Przesłuchano kilku pracowników poprawczaka, którzy potwierdzili, iż są nękani lub zaczepiani przez Mariana M.
Dariusz K., strażnik w ZP zeznał, że któregoś dnia, gdy siedział na ławce przed plebanią podszedł do niego Marian M. i miał mu powiedzieć - Jak będziesz się mieszał w moje sprawy, to ci łeb rozwalę i nikt nie pomoże.
Aleksandra B., sekretarka w trzemeszeńskim poprawczaku zeznała, że były pracownik zakładu, po dyscyplinarnym zwolnieniu przejawiał wobec niej zachowania mające znamiona dręczenia. Podczas spacerów jej z psem celowo przejeżdżał obok niej samochodem, szyderczo się uśmiechając, po czym zawracał i kilkakrotnie powtarzał takie zachowanie.
Gdy rano o 7:00 jechała do pracy, Marian M. miał kilkakrotnie siedzieć w samochodzie w bocznej ulicy, jakby na kogoś czekał. Gdy mijali się na ulicy w okolicy jej domu, to przechodził na jej stronę i spluwał. Jak zeznała, kiedyś próbował kopnąć jej psa, a gdy zwróciła mu uwagę powiedział: - Pocałuj mnie w d..ę ty k...o. Aleksandra B. nie reagowała jednak, bo bała się M.
Zdarzało się także, że gdy szła sama, to Marian M. zatrzymywał się w miejscu nieoświetlonym. Aleksandra B. nie wiedziała wtedy, co mężczyzna może zrobić. Bała się więc wychodzić po zmroku.
WJEDZIE I POŁAMIE NOGI
Ryszard K. pracujący jako strażnik w poprawczaku podczas przesłuchania przyznał, że gdy kiedyś jechał do pracy, Marian M. stanął na przejściu dla pieszych przed jego samochodem i próbował uniemożliwić mu dalszą jazdę.
Inny pracownik zakładu poprawczego Piotr B. zeznał, że gdy był kiedyś w sklepie nocnym, to M. stanął za nim i powiedział mu, że jest sprzedawczykiem.
Rafał S., zastępca dyrektora Zakładu Poprawczego w Trzemesznie podczas przesłuchania poinformował, że po tym, gdy zwolniono dyscyplinarnie Mariana M., miał z nim trzy nieprzyjemne sytuacje.
Najpierw latem 2010 r. spotkał M. w lokalu Czeremcha. Jak zeznał, Marian M. po chwili wyszedł z lokalu i kilka razy objeżdżał samochodem teren obok Czeremchy. Gdy Rafał S. wychodził z restauracji znów natknął się na M. Były strażnik miał mu ubliżać mówiąc: - Ty k...o, ty ch..u, szmato, przydupasie dyrektora G. Spluwał także w kierunku zastępcy dyrektora i odnosząc się do jego dodatkowej pracy w firmie ochroniarskiej miał stwierdzić, że wjedzie mu na bramkę i połamie nogi.
Do drugiego spotkania doszło latem 2010 r. przed sklepem nocnym na ul. Kopernika. Zastępca dyrektora poprawczaka podjechał pod sklep z kolegą i został w samochodzie, a M. który stał przed sklepem krzyczał do niego wulgarnie i groził, że się z nim i dyrektorem G. jeszcze policzy.
Trzeci raz, także przed sklepem nocnym Marian M. miał zwracać się do Rafała S. m.in. słowami: szmato i ch..u. Wicedyrektor poprawczaka odbierał także głuche telefony z zastrzeżonego numeru.
Podczas przesłuchania przyznał, że boi się o siebie i rodzinę. Tym bardziej, że jak się dowiedział, były strażnik pracuje w firmie ochroniarskiej i może mieć dostęp do broni, a prawdopodobnie może także posiadać wiatrówkę.
DWA WNIOSKI O ŚCIGANIE
Zastraszani i prowokowani pracownicy poprawczaka w większości nie chcieli jednak składać wniosku o ściganie i ukaranie Mariana M. Wniosek taki poza dyrektorem Grzegorzem G. złożył jedynie jego zastępca Rafał S.
Podczas dochodzenia zarzuty kierowane wobec byłego strażnika potwierdziła także Danuta G., żona dyrektora ZP. Potwierdziła fakty związane m.in. z głuchymi telefonami i trąbieniem obok domu. Powiedziała również, że gdy Marian M. jest na spacerze ze swoim psem i widzi jej męża to mówi do psa: - Widzisz, to jest czubek, głupek, ch.., ale ja go i tak z.....ę.
Grzegorz G. poinformował również, że w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia 2012 r. przy wjeździe na teren jego posesji ktoś postawił zapalony znicz.
JEST NIEWINNY
Marian M. początkowo nie przyznawał się do stawianych mu zarzutów. Gdy sprawa po raz pierwszy trafiła do policji i rozmowę z nim przeprowadził dzielnicowy, były strażnik ZP zaprzeczył oskarżeniom. Jednak od tamtej pory przez kilka miesięcy nękanie pracowników Zakładu Poprawczego, a szczególnie Grzegorza G., ustało.
Podejrzany zmienił trochę swoje stanowisko podczas przesłuchania, gdy policja wszczęła postępowanie. Tłumaczył, że po zwolnieniu z pracy może z dwa razy mijał się na ulicy z dyrektorem G. i próbował wtedy tylko zapytać, co było prawdziwym powodem zwolnienia go z pracy. Stwierdził, że nie wypowiadał żadnych gróźb, nie ubliżał i nie prowokował. Zaprzeczył temu, aby miał celowo wychodzić po Grzegorza G. po pracy i że groził mu utratą życia. Wykluczył także, aby miał używać sygnałów dźwiękowych przejeżdżając obok dyrektora ZP czy też jego domu. Przyznał, że tylko raz do niego dzwonił, a nigdy nie wykonywał głuchych telefonów. Podkreślił, że nie ma nic wspólnego z tym, że ktoś zapalił znicz przed domem Grzegorza G.
CHCĄ POZBAWIĆ PRACY
Przyznał, że z zastępcą dyrektora Rafała S. spotkał się tylko raz, w Czeremsze. Z powodów osobistych był wtedy wzburzony i zdenerwowany. Gdy obok niego przechodził Rafała S. to był wobec niego, jak się wyraził, prześmiewny i pytał - Dyrektor w koszulce flanelowej? Sfilcowany dyrektor? Zaznaczył, że nie spluwał i nie groził.
Podczas składania wyjaśnień przypomniał, że został zwolniony z Zakładu Poprawczego, bo wyjechał na chwilę przepakować samochód z terenu zakładu na parking przy bramie wjazdowej. Podkreślił, że praktycznie każdy pracownik tak robił. Stwierdził, że doniesienie złożone na niego na policji ma na celu pozbawienie go kolejny raz pracy. Według Mariana M., najwyraźniej dyrektor G. i jego zastępca S. nie mogli pogodzić się z tym, że potrafił on się podnieść i znaleźć sobie pracę.
PROKURATURA OSKARŻA
W wyniku przeprowadzonego postępowania gnieźnieńska prokuratura przekazała do Sądu Rejonowego w Gnieźnie akt oskarżenia przeciwko Marianowi M.
56-letni mieszkaniec Trzemeszna oskarżony został o dwa czyny. Pierwszy dotyczył tego, że w okresie od maja 2010 r. do grudnia 2010 r. oraz od września 2011 r. do grudnia 2011 r. uporczywie nękał Grzegorza G. poprzez wykonywanie o różnych porach dnia na telefon komórkowy i domowy głuchych połączeń, obserwowanie, obraźliwe wyzywanie, śledzenie, a także używanie sygnałów dźwiękowych w pojeździe podczas mijania się z pokrzywdzonym oraz w czasie przejeżdżania obok miejsca zamieszkania. Wzbudziło to u pokrzywdzonego poczucie zagrożenia i istotnego naruszenia jego prywatności. A nadto działając w krótkich odstępach czasu, że z góry powziętym zamiarem, kilkakrotnie groził Grzegorzowi G. pozbawieniem życia. Czyli o czyn z artykułu 190 paragraf 1 Kodeksu Karnego i artykuł 190 a paragraf 1 KK w związku z artykułem 11 paragraf 2 KK i artykułem 12 KK.
Drugi czyn dotyczył tego, że w od maja 2010 r. do sierpnia 2010 r. w Trzemesznie groził Rafałowi S. uszkodzeniem ciała, czyli o czyn z artykułu 190 paragraf 1 KK.
MUSI MIEĆ LICENCJĘ
Pierwsza rozprawa odbyła się 18 czerwca 2012 r. Nieco wcześniej adwokat broniący Mariana M. złożył do sądu wniosek o skierowanie sprawy do postępowania mediacyjnego. Jak uzasadnił, oskarżony po zwolnieniu z Zakładu Poprawczego podjął pracę jako pracownik ochrony. Do jej wykonywania jest niezbędna licencja, a warunkiem jej posiadania jest niekaralność za przestępstwa umyślne. Zaznaczył, że oskarżony jest żonaty i tylko on pracuje, więc mediacja może zapobiec temu, że oskarżony i jego żona pozostaną bez środków do życia.
Podczas pierwszej rozprawy pokrzywdzeni nie zgodzili się jednak na mediację. Grzegorz G. złożył także wniosek, aby występować jako oskarżyciel posiłkowy.
MOGŁO SIĘ ZDARZYĆ
Druga rozprawa odbyła się 24 lipca 2012 r.
Marian M. oświadczył, że nie przyznaje się do zarzucanych mu czynów, i że nie chce składać wyjaśnień. Zastrzegł, że będzie odpowiadał tylko na pytania swojego obrońcy. Odpowiadając na nie Marian M. tym razem przyznał się do znacznie większej ilości zarzutów niż podczas rozmowy z dzielnicowym i podczas przesłuchania na policji.
Jak tłumaczył, otwarcie bramy zakładu poprawczego i wyjechanie samochodem było tylko pretekstem do jego zwolnienia. Wyjaśnił, że mieszka 200 metrów od Grzegorza G. i za każdym razem, jak chce gdzieś jechać, to musi przejeżdżać koło jego domu. Przyznał, że dwa lub trzy razy mogło się zdarzyć, że używał sygnału dźwiękowego, kiedy mijał dyrektora G. Mogło się też to zdarzyć przy jego domu. Uzasadniał, że robił to, bo miał Grzegorzowi G. za złe zwolnienie z pracy. Zaprzeczył, aby miał postawić zapalony znicz przed domem. Jak mówił, dyrektora ZP spotykał przypadkowo, ale nigdy nie wyzywał go, czy też się obraźliwie nie zwracał.
TO PRZEZ NERWY
Później stwierdził jednak, że po zwolnieniu z pracy był kłębkiem nerwów, bo zbiegło się to w czasie z tym, że splajtował sklep prowadzony przez jego żonę. Schudł wtedy 20 kg i pił wódkę. Dlatego przyznał, że gdy pił, to mogło się zdarzyć, że Grzegorza G. potraktował obraźliwymi słowami. Mogło też paść coś takiego podczas spotkania w Czeremsze, że wjedzie Rafałowi S. na bramkę i go połamie. Ale jak zaznaczył, nie chciał tego zrobić. Oskarżony ocenił, że jego zachowanie nie było w porządku, i że teraz chciałby powiedzieć pokrzywdzonym, że żałuje i przeprasza.
Podczas tej rozprawy, jak i na rozprawie 29 sierpnia 2012 r., przesłuchani zostali także świadkowie i pokrzywdzeni, którzy potwierdzili swe wcześniejsze zeznania.
WIEDZIAŁ, CO ROBI
W toku postępowania prokuratura wniosła, aby pokrzywdzonego Mariana M. zbadali biegli psychiatrzy.
Na podstawie tych badań psychiatrzy orzekli, że nie stwierdzili choroby psychicznej u Mariana M. oraz, że w chwili popełnianych czynów miał on w pełni zachowaną zdolność rozpoznawania znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem.
Ostatnia rozprawa odbyła się 5 grudnia 2012 r.
Prokuratura wnosiła o uznanie oskarżonego winnym popełnienia zarzucanych mu czynów i wymierzenia mu za czyn pierwszy - kary 8 miesięcy pozbawienia wolności i za czyn drugi - kary 4 miesięcy pozbawienia wolności oraz kary łącznej: 9 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym jej zawieszeniem na 3 lata, orzeczeniem obowiązku powstrzymania się od zbliżania do pokrzywdzonych na odległość mniejszą niż 50 metrów i powstrzymanie się od kontaktów telefonicznych przez okres 3 lat.
Pokrzywdzony i zarazem oskarżyciel posiłkowy Grzegorz G. wnosił o zobowiązanie oskarżonego do przeprosin pokrzywdzonych w tygodniku Pałuki, orzeczenie zakazu zbliżania oraz kary pieniężnej na konto MKS Trzemeszno.
Obrońca Mariana M. wnosił o warunkowe umorzenie postępowania i orzeczenie wnioskowanych wcześniej środków karnych.
MUSI PRZEPROSIĆ I ZAPŁACIĆ
Wyrok ogłoszony został 12 grudnia. Żadna ze stron nie była obecna podczas ogłaszania wyroku. Prowadząca sprawę sędzia Katarzyna Czyżowicz, prezes Sądu Rejonowego w Gnieźnie, uznała Mariana M. winnym zarzucanych mu czynów. Sąd umorzył postępowanie na 2 lata oddając oskarżonego pod nadzór kuratora. Marian M. został zobowiązany do przeproszenia każdego z pokrzywdzonych poprzez zamieszczenie w terminie do 1 miesiąca na pierwszej stronie prasy lokalnej ogłoszenia o treści: Ja Marian M. przepraszam panów Grzegorza G. i Rafała S. za moje wobec nich zachowanie. Sąd zobowiązał oskarżonego do powstrzymania się od kontaktowania się w jakiejkolwiek formie z pokrzywdzonymi i osobami im najbliższymi oraz orzekł zakaz zbliżania się oskarżonego do pokrzywdzonych i osób im najbliższych. Orzeczono także wobec Mariana M. świadczenia pieniężne w kwocie 500 zł na rzecz Fundacji Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Wobec oskarżonego zasądzono także pokrycia kosztów sądowych na rzecz Skarbu Państwa w kwocie 657,50 zł.
Żadna ze stron nie odwołała się od wyroku, więc jest on już prawomocny.
Roman Wolek
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1093 (4/2013)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze