Reklama

Strażnik miejski nie chciał słuchać tłumaczeń

Mama niepełnosprawnego Arkadiusza Sosnowskiego chce ustrzec innych ludzi, żeby pod żadnym pozorem nie zrobili takiego błędu jak jej mąż, bo nie będą mogli liczyć na wyrozumiałość mogileńskich strażników.

      fot. Paweł Lachowicz

Mogilno, szpital, mandat, strażnik miejski
     Strażnik miejski nie chciał słuchać tłumaczeń
    Antoni Sosnowski próbował wytłumaczyć strażnikowi, że przyjechał po 35-letniego syna - inwalidę, którego zabierał z oddziału paliatywnego mogileńskiego szpitala. Wie, że zastawił wyjazd z parkingu innemu autu, ale jego zdaniem strażnik Paweł Chałupniczak nie chciał słuchać żadnych wyjaśnień. Twierdzi, że nie było go tylko przez chwilę, a wcześniej zmieniał jeszcze przebite koło przy aucie. Strażnik mówi, że nie było kierowcy przez godzinę, a komendant Mirosław Kuss dodaje, że koła nikt nie zmieniał.

     ZASTAWIŁ WYJAZD
     Antoni Sosnowski ze Sławska Wielkiego (gm. Kruszwica) 4 lutego przyjechał do Mogilna odebrać niepełnosprawnego syna Arkadiusza, przebywającego na oddziale opieki paliatywnej mogileńskiego szpitala. Samochód, którym przyjechał pan Antoni jest własnością jego niepełnosprawnego syna. Ma oznaczenia na szybach o niepełnosprawnym kierowcy, poza tym za szybą umieszczona została karta parkingowa osoby niepełnosprawnej wydana na stałe przez starostę inowrocławskiego, która upoważnia do korzystania z ulg i przywilejów przewidzianych w przepisach ruchu drogowego, w tym do parkowania w miejscach dla niepełnosprawnych.
     Antoni Sosnowski podjeżdżając na szpitalny parking zauważył, że z prawego koła uszło powietrze. - Zaparkowałem więc w pobliżu parkingu w taki sposób, aby nie wadzić nikomu, kto chciałby wjechać na teren szpitala. Niestety zastawiłem jednocześnie wyjazd dwóm innym samochodom. Jak rozmawiałem z pielęgniarzem, co był tam na oddziale powiedział mi, że jeden z tych samochodów - biały „mercedes” będzie wyjeżdżał dopiero o 14:00, więc nie sądziłem nawet, że będę zawadzać - opowiada.
Od razu zabrał się do wymiany koła, co ze względu na wykonywany zawód mechanika samochodowego nie zajęło mu zbyt wiele czasu. Nasz rozmówca nie chciał wymieniać koła z synem w samochodzie, tym bardziej, że było na dworze bardzo zimno. - Na 12:00 godzinę byłem umówiony z lekarzem. Gdy zobaczyłem, że już nadeszła godzina wizyty zostawiłem wszystko i poszedłem do szpitala - mówi.
     PRZYJECHAŁ PO SYNA INWALIDĘ
     Syn państwa Ewy i Antoniego Sosnowskich - Arkadiusz jest inwalidą od 11 lat. W wypadku samochodowym doznał złamania kręgosłupa, później odjęto mu nogę. Od tego czasu na stałe związany jest z wózkiem inwalidzkim. Opiekują się nim rodzice. Ze względu na stałą pozycję siedzącą na wózku na pośladkach młodego mężczyzny znajdują się odleżyny, które pani Ewa próbuje za wszelką cenę wyleczyć. Pomimo swojego trwałego kalectwa Arkadiusz Sosnowski pogodził się ze swoim losem i próbuje chociaż w minimalnym stopniu żyć normalnie. Do chwili wypadku pracował jako kierowca w jednej z firm, po wypadku i rekonwalescencji wrócił za kółko. Do 19 października 2012 r. Arkadiusz Sosnowski sam kierował specjalnie dostosowanym do jego kalectwa samochodem. Tym właśnie, którym do mogileńskiego szpitala przyjechał po niego jego ojciec.
   19 października syn państwa Sosnowskich zachorował na zapalenie płuc. Od tamtego czasu rozpoczął się jego trzymiesięczny z przerwami pobyt w szpitalu z Inowrocławiu. Leżał tam do 28 stycznia.

Syn państwa Sosnowskich - Arkadiusz od 11 lat jest inwalidą. W feralny poniedziałek, ojciec przyjechał do Mogilna, by odebrać go po trzymiesięcznym pobycie w szpitalach. Na zdjęciu z tatą Antonim.

Reklama

      fot. Paweł Lachowicz

     Z Inowrocławia przewieziony został do Mogilna. Tutaj miał być leczony dalej.
     - Lekarze w opisie na skierowaniu napisali, że syn nie kontaktuje, nie ma poczucia rzeczywistości. A tak przecież nie było, bo syn już o wiele lepiej się czuł, tylko te odleżyny jeszcze były niezaleczone. W Mogilnie czekali na osobnika, który jest niekontaktowy, a jak syna tam zawieźli dziwili się, bo syn usiadł na łóżku i dzwonił do taty. A oni powiedzieli, że mają w opisie z Inowrocławia, że jest syn jest niekontaktowy, że wszystko trzeba przy nim zrobić. A tu pacjent jest kontaktowy. Jak go odwiedziłem, to płakał, że co on tu robi, że przecież to nie jest miejsce dla niego, bo wszyscy tam umierają. Jak rozmawiałem z lekarzem powiedziałem, że synowi psychika tutaj siądzie. Przy wynikach okazało się jednak, że ma bardzo niski poziom potasu i musi go przyjmować. Lekarz prowadzący pocieszył nas jednak, że potas można podawać w tabletkach, a nie tylko w zastrzykach. Wykonali badania, po których stwierdzili, że możemy syna zabrać do domu i tutaj dalej go leczyć - opowiada Antoni Sosnowski.
     MANDAT
     Antoni Sosnowski opowiada reporterowi, że nawet nie zdążył z lekarzem dobrze porozmawiać, jak poinformowano go, że przed szpitalem czekają na niego mundurowi. Strażnik miejski Paweł Chałupniczak kazał mu odjechać na bok, żeby kierowca białego „mercedesa” mógł wyjechać z parkingu.
     - Powiedział mi, że mam zaczekać, bo jeszcze ma ze mną do pogadania. Wjechałem na miejsce tego „mercedesa”, a on wypisał mi mandat. Powiedział, że musi mnie ukarać, bo zastawiłem miejsce innemu pojazdowi. Jak tłumaczyłem, w jakiej znalazłem się sytuacji, ze musiałem zmienić koło i przyjechałem po niepełnosprawnego syna, powiedział mi, że jego to nie interesuje, że on musi mnie ukarać, bo szef był na miejscu (komendant Mirosław Kuss, przyp. pal) i widział wszystko. Wtedy zobaczyłem, że w aparacie ma porobione zdjęcia samochodu z obu stron. Także od strony „mercedesa”. Tłumaczył mi, że zdjęcia robił jego szef - opowiada.
     MÓGŁ POUCZYĆ
     Antoni Sosnowski przyznaje, że zrobił źle, że wie, iż złamał przepisy. Chodziło o to, żeby w końcu odebrać swojego kalekiego syna do domu. Twierdzi, że w całej sprawie nie chodzi mu o te 100 zł mandatu (zapłacił mandat we wtorek), tylko o sam fakt znieczulicy funkcjonariusza. Uważa, że można było dać np. pouczenie, a nie od razu karać i nie słuchać żadnych wyjaśnień.
     Ewa Sosnowska też nie może tej sytuacji zrozumieć: - Jak można nie być człowiekiem w takim przypadku. Dla mnie taki ktoś jest bez skrupułów i w ogóle nie liczy się jako człowiek. Jakby miał trochę człowieczeństwa, to trochę inaczej by się zachował. Tym bardziej, że odbiera się inwalidę.
     - Nam nie chodzi o te 100 zł, chociaż przy tak wysokich wydatkach na leczenie syna, to też nie jest dla nas mało. Tutaj chodzi o to, żeby ustrzec innych ludzi, żeby pod żadnym pozorem nie zrobili takiego błędu jak mój mąż, bo nie będą mogli liczyć na wyrozumiałość mogileńskich strażników. Oni nie rozumieją co to znaczy niepełnosprawność, dożywotnie inwalidztwo. Ten pan, który dał mężowi mojemu mandat i nie interesowały go tłumaczenia męża, pokazał, że nie mają oni serca, że pozbawieni są wszelkich uczuć. Ciekawe, gdzie kończy się prawo, a zaczyna człowieczeństwo - dodała Ewa Sosnowska.
     CZEKAŁ GODZINĘ
     Komendant Straży Miejskiej Mirosław Kuss mówi, że kierowca mercedesa, mieszkaniec Goryszewa zgłosił fakt zablokowania jego auta u komendanta o 11:50.
     - Ten kierowca, który tutaj przyszedł czekał z żoną na wyjazd, podobno około godziny i szukał tego kierowcy, który go zablokował. Właściciel tego pojazdu był już tak zniecierpliwiony, że przyszedł tutaj do mnie osobiście i poprosił nas o pomoc - mówi nam komendant Kuss. W związku z tym, że w tym samym czasie strażnicy mieli również inne zgłoszenie na przyszpitalny parking udał się tylko jeden strażnik Paweł Chałupniczak. Zdaniem komendanta Kussa, jego podwładny również miał szukać właściciela opla. Zaczął zakładać nawet blokadę na koło w celu ustalenia sprawcy wykroczenia. W tym momencie, jak mówi Mirosław Kuss poszukiwany kierowca, gdy zauważył, że ktoś zakłada mu blokadę, to się pojawił.
     - Więc to nie była chwila, bo w takim przypadku my rozumiemy, ale była to przeszło godzina - powiedział komendant Kuss.
     BRAK MIEJSCA DLA NIEPEŁNOSPRAWNYCH
     W rozmowie z komendantem straży miejskiej spytaliśmy go również, czy posiada wiedzę, czy na parkingu przy szpitalu jest wyznaczone miejsce do parkowania dla osób niepełnosprawnych. Komendant nie potrafił nam odpowiedzieć na to pytanie. W momencie, gdy usłyszał od nas, że takiego miejsca wcale tam nie ma, powiedział, że natychmiast zwróci się do starostwa powiatowego o wyznaczenie takich miejsc.
     - Natomiast są dwie koperty przy urzędzie miejskim i nie jest to daleko. I można tutaj sobie postawić samochód - dodał Kuss.
     NIE ZMIENIAŁ KOŁA
     Powiedział też, że straż miejska posiada informację, iż Antoni Sosnowski wcale nie zmieniał koła przy parkingu: - Jeżeli zmieniał musiało to być godzinę wcześniej, a co tutaj zresztą ma wspólnego zmiana koła z blokowaniem wyjazdu. Samochód był ze sprawnymi kołami w momencie interweniowania straży miejskiej.
     Jego też zdaniem mogileńska straż miejska nigdy nie ukarała osoby, która jest osobą niepełnosprawną, która zajmuje nawet inne niewyznaczone do parkowania miejsca, wówczas stosuje tylko pouczenia.
     - My musimy dbać o interesy i osoby niepełnosprawnej i osób, które zgłaszają. Uprawnienia obu osób do wyjazdu są takie same i to na pewno nie była wina strażnika, który był na miejscu i rozpoznał taką sytuację i podjął taką decyzję. Zastosować pouczenie zawsze można i ja nie mam takiego prawa, żeby polecić strażnikowi, że ma kogoś ukarać, czy nie. On jest na stanowisku i on podejmuje decyzję i on zgodnie z kodeksem wykroczeń wypełnił swoje obowiązki. Nie wiem co strażnik powiedział, bo mnie przy zdarzeniu nie było, natomiast wykonał dokumentację fotograficzną - dodał komendant Kuss.
     Obejrzeliśmy zdjęcia wykonane przez strażnika. Rzeczywiście samochody były zablokowane przez opla Antoniego Sosnowskiego, ale w tle nie było widać żadnych wolnych miejsc parkingowych, jak miał sugerować kierowca mercedesa.
     WYKONYWAŁ OBOWIĄZKI
     Strażnik miejski Paweł Chałupniczak nie chciał udzielić reporterowi Pałuk informacji dotyczących poniedziałkowego zajścia na parkingu przyszpitalnym. Mówił, że nie jest upoważniony, aby udzielać informacji, że od tego jest komendant. Odpowiedzi udzielił dopiero wówczas, gdy powiedzieliśmy, że to właśnie komendant Kuss nas do niego skierował.
     - Ja wykonywałem tylko swoje obowiązki służbowe. Mogę powiedzieć tyle, że na miejscu był kierowca, który został zablokowany i czekał godzinę. Ten pan miał wyłożoną legitymację osoby niepełnosprawnej, ale nie był tą osobą. Po prostu blokował wyjazd tamtemu panu, i dlatego został ukarany mandatem. Został poinformowany, że nie musi przyjmować mandatu i może iść do sądu. Ja nie byłem nieuprzejmy, ja wykonywałem swoje obowiązki służbowe z polecenia komendanta, który był na miejscu i on mi to po prostu zlecił to wykonać. Ja stwierdziłem, że to było wykroczenie i zostało ono rozpatrzone w taki sposób, a nie inny - powiedział Paweł Chałupniczak.

Reklama

Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1096 (7/2013)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości