Reklama

W kierunku tropikalnej dżungli

* Piotr Maczel podróżuje dookoła świata * 2 tygodnie oczekiwania na wizę do Australii
     W kierunku tropikalnej dżungli
    W niewielkim porcie spotykamy kilkunastu białych podróżników, też przyciągniętych tu chęcią znalezienia się w rezerwacie parku tropikalnego - "Taman Negara". Pakujemy się do długiej drewnianej łodzi i jako pasażerowie płyniemy w górę mętnej rzeki.

     ZAKORKOWANY KUALA LUMPUR
     PIĄTEK 19 MARCA, DZIEŃ 139
     Mamy dwa tygodnie oczekiwania na decyzję w sprawie wizy do Australii, więc jedziemy zrobić rundę po Malezji. Postanawiamy dotrzeć do najstarszego lasu tropikalnego świata Parku Narodowego "Taman Negara" w środkowej części półwyspu, rozglądając się za ciekawostkami po drodze. Wydostanie się z zakorkowanego Kuala Lumpur okazuje się nie być prostą sprawą. Zatłoczony przystanek lokalnych autobusów, smród spalin i upał dają się mocno we znaki. W końcu ruszamy na północ. Nie dziwi nas już sposób płacenia za transport. Każdy podróżny wrzuca pieniądze do skrzynki w przedniej części autobusu. Ogólnie zakłada się uczciwość. Dostosowujemy się do zwyczajów i zmieniając po drodze kilka lokalnych autobusów, docieramy do małego i spokojnego miasteczka. Spotykamy się tam z życzliwością mieszkańców, wypytujących z zaciekawieniem o nasze pochodzenie i cel naszej wizyty. Są bardzo mili. Miło też jest dla nas znaleźć się znów z dala od zatłoczonej stolicy.
     NOCLEG W SIEDZIBIE CZERWONEGO KRZYŻA
     SOBOTA 20 MARCA, DZIEŃ 140
     Na śniadaniu w skromnej knajpie, uświadamiamy sobie, że porcje jedzenia na południu Malezji są znacznie większe od tych na północy. Wpływ brytyjski na ten kraj, wpłynął dodatkowo na sposób picia herbaty. Prosząc o herbatę, dostajemy automatycznie herbatę z mlekiem, zupełnie jak w Londynie. Posileni ruszamy na miejską obwodnicę, w nadziei na złapanie jakiegoś stopa. Nie musimy długo czekać. Zatrzymuje się facet, który dowozi nas do naszego dzisiejszego celu - niewielkiego górskiego kurortu Bukit Fraser. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie bardzo kręta droga. Siedząc na tyle auta, ledwo wytrzymujemy kilkudziesięciokilometrowy odcinek drogi. Musimy długo odpocząć po osiągnięciu celu. Drogie noclegi zmuszają nas do poszukiwania miejsca pod namiot. Tu kolejna niespodzianka. Życzliwość pewnego Hindusa bardzo nas zaskakuje. Początkowo oferuje nam darmowe rozbicie namiotu, ale widząc nadciągającą tropikalną ulewę, zaprasza do jednego z pokoi domu, którym się opiekuje. Tak oto, zasypiamy w wielkim pokoju, z dwoma wielkimi łóżkami i łazienką, należącymi do brytyjskiego Czerwonego Krzyża.  
     W GÓRSKIM KURORCIE
     NIEDZIELA 21 MARCA, DZIEŃ 141
     Dzień spędzamy w górskim kurorcie. Choć znajduje się on niedaleko stolicy, panuje tu swoisty mikroklimat. W czasach, gdy nie było jeszcze klimatyzacji (powszechnie używana jest obecnie w Malezji), mieszkańcy Kuala Lumpur wykorzystywali, położone na wysokości 1.500 m n.p.m., Bukit Fraser, aby się ochłodzić. My też to robimy z przyjemnością. W drodze na wodospad mijamy licznych miłośników ptaków, którzy z lornetkami i aparatami biegają po kurorcie w poszukiwaniu jeszcze liczniejszych gatunków. Dziś dość oryginalny prysznic pod spadającą z kilku metrów wodą. Wracając, mijamy kamienne górskie chaty i pola golfowe. Wszystko pięknie zadbane i oczekujące bogatych turystów. Podoba się nam ten chłodniejszy klimat, ale regularne obfite ulewy już mniej. Dowiadujemy się, że w szczycie pory deszczowej, potrafi tu lać kilka dni z rzędu. Dzisiejsza niedziela, to dzień wyborów w Malezji, ale choć zapoznani jesteśmy z kandydującymi ugrupowaniami politycznymi (wszechobecne reklamy), to do urn nie pójdziemy. Tak jak wczoraj, lądujemy w wielkim kamiennym domu, wybudowanym dla brytyjskich bohaterów wojny światowej... i my Polacy, dzięki Hindusowi, na tym korzystamy.
     MALEZYJSKA KAWA
     PONIEDZIAŁEK 22 MARCA, DZIEŃ 142
     Na śniadanie tradycyjnie porcja ryżu z warzywami i jajkiem. Bardzo popularne w tej części świata. Do tego malezyjska kawa, która nie smakuje inaczej, niż polska rozpuszczalna. Na balustradzie przy naszym stoliku, siada modliszka i agresywnymi ruchami, zwraca na siebie naszą uwagę. Najedzeni i spakowani opuszczamy bardzo gościnny dom. Zaprzyjaźniony Hindus na nasze podziękowanie odpowiada z uśmiechem na twarzy: "Nie ma problemu. To dla mnie nic wam pomoc. Nic nie musicie płacić, Bóg mi zapłaci". Dowartościowani faktem istnienia takich ludzi w każdym zakątku ziemi, ruszamy dalej, zdając się znów na ludzką życzliwość. O nią w Malezji nie jest trudno na drodze. Bez większych problemów, trzema autostopami, docieramy do Kuala Lipis. Małe miasteczko charakteryzuje się obecnością i współtolerancją wielu różnych kultur. Widoczne są akcenty chrześcijanskie, buddyjskie, hinduskie i mułzułmańskie. Przedstawiciele różnych kultur, ale mieszkańcy tego samego miasta, tolerują się i szanują wzajemnie. Lądujemy w chińskim hoteliku. Zmęczeni drogą, zasypiamy bez problemu, pomimo obecności w pokoju karaluchów, pleśni i zapachu zgnilizny. W naszym rankingu pokoi jest to najgorszy dotychczas, jednak wyboru dużego nie ma dla podróżujących tanio.
     NAOKOŁO MUZUŁMANKI
     WTOREK 23 MARCA, DZIEŃ 143
     Na niewielkiej stacji kolejowej czekamy na pociąg. Mamy okazję przyjrzeć się z bliska innym podróżnym. Jesteśmy jedynymi białymi. Najliczniejsze są Mułzułmanki. Kolory ich czadorów są różne: błękitny, różowy, żółty, biały i turkusowy. Lokalni spoglądają na nas przyjaźnie, próbując czasem dowiedzieć się o nas coś więcej. Bariera językowa jednak stoi temu na przeszkodzie. Nadjeżdża stary pociąg i zaraz rusza na wschód. Ten odcinek kolei jest bardzo ciekawy. Tory przebiegają pośrodku dżungli, a z okien, po obu stronach widać ścianę zielonej gęstwiny (czyt. dżunglę). Docieramy do Kuala Tembeling. Wysiadamy tylko my i co widzimy? Nic! Stacja kolejowa to jeden dach, jedna tablica, wszechobecna zieleń i brak kogokolwiek poza nami. Ruszamy w głąb dżungli. Mijamy kilka biednych chat, uprawy palm oleistych i kilka stad małp. Po kilku kilometrach pokonanych pieszo, docieramy do asfaltu i znajdujemy osadę. Teraz już dzieli nas tylko kilkadziesiąt kilometrów rzeką, aby znaleźć się w najstarszej dżungli świata. Najbliższa łódź odpływa dopiero jutro. Za zgodą jednego z lokalnych mężczyzn, rozwijamy pod dachem sklepu, moskitierę. Dziś na kolację malezyjskie hamburgery, przygotowywane na prowizorycznych wózkach, zawsze gotowych do przemieszczenia się z miejsca na miejsce. Może mało egzotycznie, ale za to bardzo smacznie i tanio.
     W GÓRĘ MĘTNEJ RZEKI
     ŚRODA 24 MARCA, DZIEŃ 144
     W niewielkim porcie spotykamy kilkunastu białych podróżników, też przyciągniętych tu chęcią znalezienia się w rezerwacie parku tropikalnego - "Taman Negara". Pakujemy się do długiej drewnianej łodzi i jako pasażerowie płyniemy w górę mętnej rzeki. Na obu jej brzegach widać zieloną gęstwinę. Gdzieniegdzie wyodrębniają się piaszczyste plaże, które często zamieszkałe są przez ludzi. Żyją oni bardzo biednie. Foliowa płachta wsparta na drewnianym stelażu, to ich dom. Czasem mijamy tylko parę ludzi na jednej takiej plaży, a czasem całą rodzinę. Do niektórych z tych miejsc można dotrzeć samochodem, ale do niektórych konieczny jest transport wodny. Drewniane łodzie są wtedy wyposażone w niewielkie silniki spalinowe. Po dwóch i pół godzinach rejsu docieramy na obrzeża rezerwatu, do osady Kuala Tahan. Dla lepszej orientacji w terenie wspinamy się na pobliskie wzgórze i z tej perspektywy podziwiamy dżunglę, w której głąb planujemy się udać już jutro. Wieczór poświęcamy na dobre przygotowanie się do jutrzejszej wyprawy i po raz ostatni przed wymarszem, delektujemy się ciepłym, obfitym posiłkiem. W schronisku spotykamy dziewczynę z Anglii Mary, która podróżując sama, szuka towarzystwa na kilkudniowy wypad w dżunglę. Wspólnie planujemy już szczegóły, zasięgając rady u dwóch innych Brytyjczyków, którzy właśnie wrócili z "Taman Negara". Przestrzegają przed pijawkami.
     Zasypiamy gotowi na jutrzejsze wyzwanie.

Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 644 (25/2004)

Reklama

 

 

 

Inne teksty:

W świecie kung-fu

Wszędzie sady mandarynkowe

Świątynia w skalnej jaskini

Strzelanie śniegiem z areozolu

Stopem do Wietnamu

Hanoi pełne bagietek i motocyklów

Wietnam: ryżową wódką żegnali księżycowy rok

Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny

Jesteśmy w Kambodży

Zbrodnie Czerwonych Khmerów

Noc na fermie krokodyli

Jesteśmy w Tajlandii

Wszędzie kwitnie kult Buddy i brutalnego boksu tajskiego

Morze, plaże, wspinaczka

Wjeżdżamy do Malezji

Wieżowce Kuala Lumpur

Noc i dzień w dżungli

Reklama

Stanęli w Ameryce

Ulice San Francisco

6 dni w Meksyku

Dotarliśmy do Belize

Tuńczyki przed oczami

Raz w Hondurasie

Z Kostaryki w kierunku Panamy

Surfowali na falach oceanu

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości