Reklama

Wiali z Barcina do swego Berlina

Każda kolejna rocznica sprzyja wspomnieniom, niekoniecznie tym wywołującym uśmiech na twarzy. 21 stycznia miną 73 lat od dnia, kiedy żołnierze radzieccy przejęli Barcin z rąk niemieckich okupantów.

   Pierwszym zwiastunem zbliżających się wojsk radzieckich była ewakuacja zamieszkującej okolice Barcina elity niemieckiej. Wśród pierwszych Niemców uciekających pociągiem do Rzeszy była dyrekcja Zakładów Wapienniczych. W ślad za nimi w gorączkowym pośpiechu uciekali pozostali Niemcy, często na wozach i koniach polskich rolników.
   Przez Barcin prowadził szlak ewakuacyjny uciekających Niemców. Stefania Szadłowska, w swoich wspomnieniach z tamtego okresu pisze: ..."Na kilka dni przed wyzwoleniem Barcina, przez ulice miasta przejeżdżały duże ciężkie wozy i rolwagi konne z brezentowymi budami, pełne kobiet i dzieci oraz wszelkiego dobytku. Mężczyźni kroczyli obok pojazdu w mundurach SA i SS z bronią w ręku. Tablice mówią, że uciekinierzy są z Łodzi, Kutna i okolic. Niemcy uciekali przed ofensywą wojsk radzieckich".
   Sznur wozów przemieszczał się nieustannie całą szerokością szosy, przez kilka dni i nocy, podążał z Inowrocławia w kierunku Mogilna.
   20 stycznia wydano zarządzenie zakazujące Polakom poruszania się po ulicach Barcina.
   Wszystkie urzędy na terenie miasta zostały zamknięte. Ważne dokumenty policji i magistratu pakowano do skrzyń, te mniej ważne palono pod nadzorem Niemców. 
   O tamtej chwili Stefania Szadłowska mówi: - "Ośmiu Polaków pracujących w magistracie pomagało ładować skrzynie, a mniej ważne dokumenty palono na dworze pod nadzorem Niemców. Po zakończeniu pracy likwidacyjnej zwolniono nas do domów. Niemka w moim wieku, z którą pracowałam przed długich pięć lat, po kryjomu żegnała się ze mną. Dała mi swoją fotografię na pamiątkę i spytała czy wiem, że Rosjanie wkrótce tu będą".
   Tego samego dnia, jak kontynuuje pani Stefania, do domu jej i sąsiadów przyszedł ubrany w mundur SA komisarz domu, w którym mieszkali. Oznajmił, że wszyscy mają pakować się do ucieczki. W tym samym czasie na ulicach Barcina można było dostrzec patrole wojskowe z pancerzownikami w rękach.
   Jednak noc z 20 na 21 stycznia 1945 roku upłynęła bardzo spokojnie. Do domu pani Stefanii i jej sąsiadów nie przyszedł nikt kto kazałby go opuścić. Rano w niedzielę 21 stycznia w mieście panowała wielka cisza. W ten prawdziwie mroźny, ale słoneczny zimowy dzień ustał terkot wozów i okrzyki woźniców.
   W dalszym ciągu jednak ulice Barcina patrolowane były przez wojsko niemieckie, pilnujące przestrzegania wydanego wcześniej zakazu opuszczania mieszkań. Jednak około południa mieszkańcy Barcina zauważyli i naliczyli około 50 niemieckich samochodów wojskowych jadących w kierunku Dąbrówki (obecnie ulicą Dąbrowiecką).
   Według wspomnień świadków opisujących ten dzień, ostatni z samochodów w tej kolumnie podjechał do drewnianego, choć masywnego mostu. Chcąc zlikwidować jedyny w mieście łączący brzegi Noteci most kilku Niemców rozłożyło pod nim materiały wybuchowe.
   Zamiar Niemców nie powiódł się. Po podłączeniu przez wojsko niemieckie zapalników zdolnych do natychmiastowego odpalenia, okupanci odjechali, po chwili jednak powrócili. Ten krótki czas wystarczył, by trzech barcińskich śmiałków rozbroiło podłożony materiał wybuchowy. Dzięki temu wysadzenie mostu nie udało się. W późniejszych latach most drewniany zastąpił stojący do dziś na obwodnicy most betonowy.
   Wycofujący się z Barcina Niemcy zostawili w mieście widoczną pamiątkę. Był nią porzucony na ulicy Kościelnej samochód pancerny. Przez dłuższy czas samochód ten stanowił miejsce zabaw dla miejscowych dzieci.
   "Późnym popołudniem na szosie wiodącej z Inowrocławia usłyszeliśmy jednostajny łoskot maszyn i zgrzyt gąsienic. To wojsko radzieckie omija Stary Barcin i skręca na skrzyżowaniu na Mogilno. U wylotu ulicy Dworcowej słychać zbliżający się czołg. Stanął. Słychać z daleka, lecz wyraźnie, rosyjską mowę..". - tak o wydarzeniach sprzed 60 lat opowiada Stefania Szadłowska. Przejęcie miasta odbyło się bez wystrzału i ofiar. 
   Do centrum miasta wjechały tylko trzy czołgi, które w centrum miasta stały całą noc.
   Następnego dnia przez główne ulice Barcina zaczęły przejeżdżać czołgi i wszelkiego rodzaju pojazdy pancerne. Mieszkańcom miasteczka wydawało się, że przemarsz nie będzie miał końca. Dopiero po trzech dniach barcińskie domy przestały się trząść w posadach. Przejazd ciężkiego sprzętu ustał. Zamiast niego przez kilka następnych dni przez centrum miasta przejeżdżały wozy konne z prowiantem i rannymi.
   W czasie tej wędrówki zmarło kilkunastu żołnierzy. Ich ciała zostały złożone we wspólnym grobie. Teraz znajdowałby się on przy ulicy Żnińskiej, na przeciwko cmentarza, jednakże w kilkanaście lat po wojnie nastąpiła ekshumacja pochowanych tam żołnierzy.
   Ciała kilku zabitych Niemców przez kilka dni leżały przy zaminowanym moście. Kiedy zginęli - tego nie wiedziano.
   Koniec niemieckiej okupacji sprzyjał działaniom barcinian, na które w ciągu kilku ostatnich lat żaden z nich na pewno nie śmiał by się odważyć. Część mieszkańców zajęła się szabrem.
  Ogołocono mieszkania, które jeszcze kilkadziesiąt godzin temu zamieszkiwali Niemcy, a także mieszkania barcinian, którzy nie powrócili z wysiedlenia.
   W kilkanaście godzin po wyzwoleniu mieszkańcy oswobodzonego miasteczka otworzyli zamieniony w czasie wojny w magazyn kościół parafialny. Towaru w nim było mało, a to co przedstawiało jakąś wartość, zarekwirowało wojsko. 22 stycznia na rynku, w domu obok apteki, gdzie przed wojną mieściła się poczta, usadowiła się komendantura. Mimo iż kuchnia polowa została urządzona w lasku "Sokoła", żołnierze radzieccy zakwaterowali się wśród mieszkańców miasteczka.
   Trzeciego dnia po wyzwoleniu, w czasie zwołanego na rynku wiecu, wybrano tymczasowego burmistrza miasta Edmunda Reinke. W dwa dni po tym wydarzeniu dokonano wyboru 12 radnych.
   Uruchomiono piekarnię, w ciągu dwóch dni uporządkowano szkołę i wkrótce zaczęto nauczanie. Powoli organizowano PGR w Krotoszynie. Na początek zatrudnienie znalazło tam 12 pracowników fizycznych i 24 pracowników administracji.
   Również Zakłady Wapiennicze rozpoczęły produkcję. W pierwszych dniach po odzyskaniu niepodległości mieszkańcy otrzymali kartki żywnościowe, ponadto rozpoczęto organizację Gminnej Spółdzielni. Do sprawowania ważnych funkcji publicznych powołano kompetentne osoby.  
   W krótkim czasie po opuszczeniu przez Niemców Barcina zaczęto organizować życie parafialne. Pierwsza msza została odprawiona przez proboszcza Bolca 12 lutego.
   W kilka dni potem na wieży, którą przeniesiono z kościoła ewangelickiego, powieszono dzwon. Poprzednie  zabrało uciekające wojsko niemieckie. 
   Z czasem do barcińskich domów powracali wysiedleni z Barcina jego mieszkańcy. Najwięcej z nich zostało wysiedlonych w okolice Mińska Mazowieckiego. 
   Na pamiątkę tych wydarzeń powojenny Zarząd Miasta jednej z barcińskich ulic nadał nazwę Wyzwolenia.

Joanna Bejma
Pałuki nr 676 (4/2005)

Reklama


    Artykuł napisano na podstawie materiałów udostępnionych przez panów Artura i Stefana Skrzypczyków oraz wspomnień Stefanii Szadłowskiej i Henryka Chojnackiego opublikowanych na łamach "Pogłosu Barcina".

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości