Reklama

Wszędzie kwitnie kult Buddy i brutalnego boksu tajskiego

Buddyjscy mnisi na ulicy w Bangkoku

      fot. Piotr Mazurkiewicz

Piotr Mazurkiewicz w podróży dookoła świata * Nad Oceanem Indyjskim
     Wszędzie kwitnie kult Buddy i brutalnego boksu tajskiego
     To co pod wodą jest piękne, bywa też niebezpieczne. Wiele tam małych kolczatek, których kolce z lekkością wbijają się w skórę. Paweł przekonał się o tym osobiście kilka dni temu. Dziś sprawa jest już załagodzona. Kolce nie są groźne, a tylko uciążliwie swędzą. Pod wodą napotykamy również liczne ławice małych meduz. Ugryzienie tych niemalże niewidocznych istot przypomina z kolei poparzenie pokrzywą, tyle że jest bardzo krótkotrwałe.

 

W Bangkoku takie obrazki są czymś normalnym. Tradycyjne łodzie na tle wysokich wieżowców.

      fot. Piotr Mazurkiewicz

     CHINATOWN W TAJLANDII
     110 DZIEŃ, 19 LUTEGO
     Popołudnie wykorzystujemy na odwiedzenie Chinatown. Nie to, żebyśmy się już stęsknili za Chinami, ale tak z ciekawości. Tu niestety spotyka nas rozczarowanie. Wpływy chińskie w tym miejscu ograniczają się do kilku sklepów, restauracji i ogólnego nieporządku wokół tych miejsc. Wieczorem udajemy się do tajskiej świątyni Wat Pho. Ta nas nie rozczarowuje. Przepięknie prezentują się pozłacane, stożkowatego kształtu, liczne wieże świątyni. Brak innych turystów, a obecność baśniowych niejako posągów dodaje temu miejscu tajemniczego wymiaru. Wracamy idąc wzdłuż Królewskiego Pałacu. Króla niestety nie udało się nam dostrzec. Po kilkudziesięciu minutach marszu docieramy na głośną i bardzo zachodnią ulicę Khao San, przy której mieści się nasz nowy guesthouse.
     BOKS NA STADIONIE
     111 DZIEŃ, 20 LUTEGO
     Dziś znów planujemy udać się do Wat Pho. Tym razem w ciągu dnia chcemy podziwiać jej niezwykłość. Świątynia nie ma już teraz takiego jak wczoraj, tajemniczego charakteru. Mnóstwo tu teraz turystów. Otwiera się przed nami możliwość wejścia do jednego z mieszczących się tu budynków i zobaczenia na własne oczy największego w Azji pomnika leżącego Buddy. Trzeba przyznać, że robi wrażenie. Pozłacany pomnik o długości ponad 40 metrów, przedstawia wyciągniętego wygodnie na ziemi, podpierającego sobie głowę na ramieniu, Buddę. Obchodzimy to dzieło sztuki i obiekt religijnego kultu buddystów i udajemy się podziwiać kolejne uroki Bangkoku. Jak tu magistrom wychowania fizycznego mówić o Tajlandii, nie wspominając boksu tajskiego. Ruszamy do parku Lumpini, gdzie wieczorem rozgrywane są mecze bokserskie na tamtejszym stadionie. W środku panuje niesamowita atmosfera. W ringu toczą się pierwsze walki, jednego z brutalniejszych sportów świata, a na trybunach trwają zakłady, polegające na typowaniu zwycięzców. Kilkanaście walk trwa ładnych kilka godzin.
       KLIMAT JAK NA ZACHODZIE EUROPY
     112 DZIEŃ, 21 LUTEGO
     Ruszamy znów nad rzekę. Po drodze odwiedzamy zaprzyjaźniony uniwersytet i korzystamy kolejny już raz z taniego i smacznego jedzenia. Następnie pakujemy się na jeden z promów, które kursują pomiędzy licznymi przystaniami porozrzucanymi wzdłuż brzegu. Organizujemy sobie w ten sposób tanią wycieczkę po Bangkoku. Początkowo ruszamy na południe, gdzie zabudowę miasta stanowią w większości wysokie budynki biurowe i hotelowe. Dalsza część rejsu, w kierunku północnym jest już dużo bardziej interesująca. Rzeka nieco się poszerza. Mijamy kolejne mosty i docieramy do biedniejszych osiedli miejskich. Niska i ciekawa zabudowa towarzyszy nam całą drogę, aż do przystani, gdzie trzeba się już przesiąść na prom wracający do centrum. Czynimy to i znów jesteśmy w jednej skorupie wraz z innymi turystami oraz lokalnymi Tajami. Dziś ostatni już wieczór w Bangkoku. Postanawiamy uczcić to piwem na zatłoczonej i sławnej Khao San. Wystrój tamtejszych pubów do złudzenia przypomina znane już nam londyńskie. Bez problemu można napić się ciemnego "Guinessa" i obejrzeć brytyjską Premiership.

Reklama

Czarny Budda

       fot. Piotr Mazurkiewicz

     POLSKA MOWA
     113 DZIEŃ, 22 LUTEGO
     Rano wybieramy się do kościoła katolickiego na msze św., tradycyjnie w języku tajskim. Po powrocie do hotelu, rozpoczynamy przygotowania do wyjazdu z miasta. I tu bardzo miła niespodzianka. Nie zdążyliśmy się jeszcze dobrze wymeldować, gdy uwagę naszą przykuwa polska mowa. Rodacy, młodzi podróżnicy - Agnieszka i Piotr częstują nas polską "żołądkową". Wielkie dzięki za tę odrobinę polskości w Azji. Organizujemy transport i opuszczamy słynny Khao San. Po raz ostatni w Bangkoku, korzystamy z uroków tajskiej kuchni, rozkoszując się jeszcze przez chwilę licznymi smakołykami dostępnymi na ulicy. Wieczorem wsiadamy do autobusu i tu kolejna niespodzianka. Spotykamy w nim kolejne 8 osób z Polski. Jest w końcu okazja porozmawiać w ojczystym języku i wymienić doświadczenia z podróży. Po zmierzchu opuszczamy stolicę Tajlandii. Zasypiamy w klimatyzowanym, zimnym autobusie, który mknie na południe tego rozciągniętego terytorialnie kraju.

Reklama

Walki boksu tajskiego. Zdjęcie ma słabą jakość techniczną, robione było jednak z ukrycia.

       fot. Piotr Mazurkiewicz

     ROZBIJAMY SIĘ NAD OCEANEM INDYJSKIM
     114 DZIEŃ, 23 LUTEGO
     Około 6:00 docieramy do Surat Thani, małego miasteczka w centralnej części kraju. Po kilku godzinach oczekiwania, przesiadamy się do minibusa. Przy pożegnaniu z rodakami, robimy wstępne plany spotkania się jeszcze za kilka dni na Wyspie Ko-Phangan. My ruszamy na Wyspę Phuket. Od wczesnego rana żar leje się z nieba. Organizmy doznają swoistego szoku termicznego za każdym razem, gdy wysiadamy na przerwę z klimatyzowanego pojazdu. Nie problem przeziębić się w tych tropikach. Pokonujemy most łączący wyspę ze stałym lądem i po podziękowaniu przewoźnikowi, udajemy się w swoją drogę. Dziś chcemy znaleźć sobie po prostu dobre miejsce na biwak. Wokół wielu turystów a my docieramy do południowo-zachodniego krańca wyspy. W drodze poznajemy grupę młodych Niemców, z którymi umawiamy się już wstępnie na wieczór, jako że większość odwiedzających to miejsce to głównie ludzie starsi. Początkowo staramy się dotrzeć do małej plaży. Niestety droga podana przez autorów naszego przewodnika nie istnieje w rzeczywistości i jesteśmy zmuszeni nieco się cofnąć. Mili gospodarze małej restauracji pozwalają nam rozbić nasze namioty na innej małej plaży nad Oceanem Indyjskim. Wieczorem spotykamy się z naszymi znajomymi i urządzamy małą imprezę na jednej z plaż.
     ZWIEDZANIE BANGKOKU
     115 DZIEŃ, 24 LUTEGO
     Nie mamy specjalnych planów na dziś, poza podziwianiem błękitnego oceanu, pięknych skał, niewysokich wzgórzy obecnych naokoło i delektowaniem się upalnym słońcem i bezchmurnym niebem. Aby przyjemność była jeszcze większa, tuż przy namiotach rozwieszamy, zakupione jeszcze w Kambodży, hamaki. I już oto oglądamy otaczający nas świat, bujając się w cieniu między drzewami. Mija znaczna część dnia na obserwowaniu z tego położenia wszystkiego tego, co dookoła. Dość liczna grupa turystów przybywa w ciągu dnia na plażę. Chwilowo można poczuć się jak w Europie, gdyż zdecydowana większość z nich to biali, przybywający na brzeg z zacumowanych w zatoce jachtów. Mała restauracja, którą odwiedzają prowadzona jest przez grupę Tajów. Serwują świetne jedzenie. Paweł wybiera się na okoliczny szczyt, skąd rozpościera się wspaniały widok na okolicę. Widoczne z wysoka plaże, wyglądają jak białe plamy, między zielenią lądu a błękitem zatoki. Na sąsiednią plażę udajemy się wieczorem, spotkać się kolejny raz ze znajomymi Niemcami. Przy piwie podziwiamy rozgwieżdżone niebo i pięknie oświetlony duży ośrodek wypoczynkowy.
     KILKA GODZIN POD WODĄ
     116 DZIEŃ, 25 LUTEGO
     Ten dzień chcemy poświęcić na poznawanie tego, co kryje się pod taflą oceanu, który w czasie przypływu zaczyna się już 5 metrów od naszych namiotów. Na całą dobę wypożyczamy podstawowe nurkowe ABC i kilka godzin spędzamy pod wodą, robiąc sobie przerwy na ogrzanie się w palącym słońcu. Pływając wzdłuż brzegu w wodzie, gdzie widoczność wynosi kilkanaście metrów, bez problemu dostrzegamy piękne i ciekawe życie podwodne. Wielkie wrażenie robią kolorowe ryby i rozgwiazdy, widoczne dość często na skalistym dnie tego najmniejszego z oceanów. To co pod wodą jest piękne, ale bywa też niebezpieczne. Wiele tam małych kolczatek, których kolce z lekkością wbijają się w skórę. Paweł przekonał się o tym osobiście kilka dni temu. Dziś sprawa jest już załagodzona. Kolce nie są groźne, a tylko uciążliwie swędzą. Pod wodą napotykamy również liczne ławice małych meduz. Ugryzienie tych niemalże niewidocznych istot przypomina z kolei poparzenie pokrzywą, tyle że jest bardzo krótkotrwałe. Ani jeże, ani meduzy nie przeszkadzają nam jednak w poznawaniu podwodnego świata. Po pewnym czasie wychodzimy na brzeg, aby po lekkim odpoczynku wejść znów pod wodę, po zmierzchu. Latarka okazuje się przedmiotem niezbędnym do tego typu zabawy. Jak to zawsze po nurkowaniu bywa, padamy dziś błyskawicznie w naszych małych, zielonych namiotach, usypiani jeszcze przez chwilę szumem jakże bliskiego oceanu.

Reklama

Paweł Maczel
Piotr Mazurkiewicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 637 (18/2004)

 

 

 

Inne teksty:

W świecie kung-fu

Wszędzie sady mandarynkowe

Świątynia w skalnej jaskini

Strzelanie śniegiem z areozolu

Stopem do Wietnamu

Hanoi pełne bagietek i motocyklów

Wietnam: ryżową wódką żegnali księżycowy rok

Nha Trang: W kościele ministranci to dziewczyny

Jesteśmy w Kambodży

Zbrodnie Czerwonych Khmerów

Noc na fermie krokodyli

Jesteśmy w Tajlandii

Morze, plaże, wspinaczka

Wjeżdżamy do Malezji

Wieżowce Kuala Lumpur

Reklama

W kierunku tropikalnej dżungli

Noc i dzień w dżungli

Stanęli w Ameryce

Ulice San Francisco

6 dni w Meksyku

Dotarliśmy do Belize

Tuńczyki przed oczami

Raz w Hondurasie

Z Kostaryki w kierunku Panamy

Surfowali na falach oceanu

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości