Rodzina Kolczyńskich oburzona jest zachowaniem lekarki z Ośrodka Zdrowia w Strzelnie Beaty Janowskiej, która w wulgarny sposób odnosiła się do członków rodziny, w dzień, kiedy przyjechała do ich domu stwierdzić zgon domownika. Beata Janowska potwierdza reporterowi, że wypowiedziała wulgarne słowa, były one jednak - jak mówi - reakcją na wulgarne zachowanie domowników.
Sława Kolczyńska (trzyma na rękach syna Lawina Jakuba) opowiada reporterowi co jej rodzinę spotkało podczas wizyty lekarki ze Strzelna Beaty Janowskiej fot. Magdalena Lachowicz Do redakcji zgłosiła się zdenerwowana Sława Kolczyńska z Bożejewic (gm. Strzelno). Prosiła nas o spotkanie w sprawie incydentu, do którego miało dojść w jej rodzinnym domu z udziałem lekarki ze strzeleńskiej przychodni Beaty Janowskiej.
CZEKANIE NA LEKARZA
Wszystko działo się 10 marca. Około 5:00 rano domownicy zadzwonili na pogotowie z informacją, że w domu zmarł Stanisław Kuraszkiewicz.
Państwo Kolczyńscy nazywali go wujkiem, chociaż nie było między nimi koligacji rodzinnych. Mama pani Sławy - Krystyna Kolczyńska opiekowała się zmarłym, w zamian wspólnie mieszkali w jego domu. W związku ze śmiercią pana Kuraszkiewicza na miejsce musiał przyjechać lekarz, aby stwierdzić zgon i wypisać odpowiednie dokumenty, by rodzina mogła rozpocząć załatwianie spraw związanych z pogrzebem. Najpierw w słuchawce telefonu pani Sława usłyszała, że lekarz przyjedzie za dwie godziny. Około godziny 8:00, gdy lekarza jeszcze nie było widać, domownicy zadzwonili ponownie. Tym razem usłyszeli, że lekarz przyjedzie około 11:00, gdyż na miejscu nie ma karetki, która z transportem chorego pojechała do Bydgoszczy.
- Ja rozumiem, że transport chorego był ważniejszy, bo jakby nie było, to wujkowi i tak nie można było już pomóc. Chodziło tylko o stwierdzenie zgonu. O to, że czekaliśmy na lekarza w sumie prawie 6 godzin, nie mamy żadnych pretensji, chodzi dokładnie o nieodpowiednie zachowanie pani doktor w naszym domu - opowiada nam pani Sława.
PIERWSZY RAZ
Lekarz rodzinny Beata Janowska przyjechała do Bożejewic około 11:00 z kierowcą, nie karetką, tylko osobowym samochodem z kolumny transportu sanitarnego.
- Mama uszykowała pani doktor stolik w pokoju, w którym leżał wujek, ale pani doktor powiedziała, że ona tutaj nie będzie dokumentów wypisywać, więc mama zabrała ją do pokoju obok. W tym pokoju siedziała babcia i piła kawę. Pani doktor wchodząc do pokoju powiedziała stanowczym głosem, żeby wyłączyć telewizor i sprzątnąć ze stołu. Mama przetarła stół ściereczką. Pani doktor usiadła przy tym stole i zaczęła krzyczeć: „pani tu się coś jeszcze lepi”. Więc mama przetarła stół jeszcze raz. Mama powiedziała proszę pani doktor stół jest już czysty. Pani doktor rozłożyła dokumenty i spisując z dowodu osobistego wuja pytała „Stanisław Konstanty”. W tym momencie babcia się wtrąciła myśląc, że pani doktor jako nazwisko podała Konstanty i powiedziała, nie Kuraszkiewicz. Babcia nawet nie wiedziała, że wuj miał drugie imię. Wtedy pani doktor uniesionym głosem powiedziała do babci, żeby się nie wtrącała. To był pierwszy wyskok pani doktor u nas w domu - opowiada Sława Kolczyńska.
DRUGI RAZ
Do drugiego incydentu doszło z udziałem mamy pani Sławy - Krystyny Kolczyńskiej. Zazwyczaj, jak mówi pani Sława, w dokumentach wpisuje się najpierw dzień, miesiąc, rok lub odwrotnie rok, miesiąc, dzień. W tym dokumencie, który wypełniała pani Janowska było inaczej.
- Pani doktor miała w dokumentach rok, dzień, miesiąc. Mama nie mając założonych okularów spytała, czy aby pani dobrze datę wpisała. W tym momencie pani doktor jakby dostała jakiegoś ataku. Podniosła się i krzyczała do mojej mamy Niech pani pilnuje porządku na swoim stole, a nie w moich papierach. Jak tak ma być to ja zaraz zabiorę te papiery do Strzelna i pani przyjedzie po nie do Strzelna. Mama powiedziała, że jeśli trzeba będzie to przyjedzie i jak tak trzeba, to nie ma problemu. Pani doktor zaczęła zabierać papiery. Razem z nimi pakowała też dowód osobisty wuja. Wtedy mama pani Sławy powiedziała, że dowodu osobistego to ona nie da, bo to jest dokument i nie może nigdzie się zagubić. Wtedy pani doktor zaczęła krzyczeć, że ten dowód musi mieć. Wtedy mama powiedziała, że dokumenty może pani doktor zabrać, ale dowód zostanie w domu. Wtedy pani doktor powiedziała, ze jak tak, to ona wystawi dokument na przeprowadzenie sekcji zwłok. Mama powiedziała, że jeśli pani doktor musi, to proszę bardzo. To było nie na miejscu, bo odebraliśmy to tak, jakby pani doktor sugerowała, że my coś wujkowi zrobiliśmy. Mama się rozpłakała i wyszła, żeby nie robić większego zamieszania. Jak mama wychodziła z pokoju pani doktor powiedziała tak: „Jak ci j... łbem o ścianę, to dopiero zobaczysz. Wynoś się stąd c..., wynocha stąd”. Pani doktor tak powiedziała do mojej mamy. Ale to już nie chodzi o to, że ona powiedziała to akurat do mojej mamy, ale o to, jak w ogóle lekarz może takie coś powiedzieć. Właśnie o to, jakie pani doktor słowa powiedziała, to ja tego tak nie zostawię - opowiada Sława Kolczyńska.
Ostatecznie Beata Janowska wypisała do końca dokumenty. Pani Krystyna musiała pojechać tylko do Strzelna po podpis. Pojechała do Strzelna z synem i w recepcji poprosiła, by pielęgniarka poszła po podpis pani doktor: - Mama już nie chciała się z nią widzieć. Spytała tylko, kto jest przełożonym pani doktor. Usłyszała, że dyrektor w Mogilnie.
ZŁOŻYLI SKARGĘ
Rodzina postanowiła złożyć skargę na Beatę Janowską u dyrektora SPZOZ Marka Gotowały.
- Tu nie chodzi o to, że taka sytuacja przytrafiała się akurat nam. Ale to jest w końcu lekarz, który powinien pomagać, a nie takie coś, żeby z własnego domu mamę moją wyganiała, to jest aż nie do pomyślenia i to słownictwo. Ja szczerze się zastanawiam, czy nie zgłoszę tego na policję. Nikt w tym czasie, kiedy się to działo, nie był w stanie myśleć, żeby zadzwonić na policję. Wszyscy byliśmy w szoku, bo najpierw 6 godzin czekaliśmy aż ktoś w końcu przyjedzie i stwierdzi zgon, tutaj w pokoju wujek zmarły leżał, a tutaj jeszcze taka sytuacja nas spotkała. A, to jest jej praca i od tego, żeby stwierdzić zgon też jest lekarz. Ja rozumiem, że ktoś może mieć taką niewyparzoną mowę, ale bez przesady. Takie coś to nie wypada. Nie dość, że w takiej sytuacji, to jeszcze ona jest osobą taką, jaką jest, jest lekarzem. Po pierwsze może i pani doktor była starsza od mamy, ale młodsza od babci, to właśnie do babci powinna mieć szacunek. A ona najpierw na babcię wyskoczyła, a później na mamę. Ja byłam w ciężkim szoku, jak zobaczyłam, jak pani doktor się zachowuje. Ja słyszałam, że pani doktor jest taka wyrywna, że często tak poniżająco traktuje pacjentów. Teraz trafiło na nas i ja powiedziałam, że tak tego nie zostawię - dodaje pani Sława.
Ostatecznie rodzina pojechała do Mogilna złożyć skargę na lekarkę Beatę Janowską do dyrektora SP ZOZ w czwartek, 16 marca. W sekretariacie dowiedzieli się jednak, że dyrektor w sprawie skarg przyjmuje tylko we wtorki. W związku z tym do dyrektora udali się we wtorek 21 marca.
- Pan dyrektor spokojnie mnie wysłuchał. Stwierdził, że zachowanie pani doktor w takiej sytuacji było nie na miejscu. W swoim imieniu przeprosił mnie za zachowanie pani doktor i prosił, by przeprosić też w jego imieniu moją mamę. Powiedział, ze przekaże dyrektorowi ds. medycznych całą sprawę do wyjaśnienia - powiedziała nam Sława Kolczyńska.
Dyrektor SP ZOZ Marek Gotowała w rozmowie z naszym reporterem przyznaje, że pani Janowska jest wybuchową osobą, ale jest też bardzo dobrym lekarzem. Jednak jej zachowanie było niedopuszczalne. Potwierdził, że przekazał sprawę do wyjaśnienia dyrektorowi ds. medycznych Tomaszowi Nowakowi.
PRZECIĄGAJĄCE SIĘ WYJAŚNIENIE
Od dwóch tygodni prosimy dyrektora SP ZOZ Marka Gotowałę o odpowiedź, czy wyciągnięte zostaną względem lekarki jakieś konsekwencje. Najpierw dyrektor stwierdził, że sprawa jest wyjaśniana przez dyrektora Nowaka. W związku z tym, jak mówił, niewiele może nam powiedzieć. Przyznał jednak, że do opisywanej przez nas sytuacji z udziałem państwa Kolczyńskich doszło.
- Wiem, że pani doktor jest czasami wybuchowa, ale to dobry lekarz. Wie pani rok ma 365 dni, miesiąc 30 dni, godzina 60 minut, a tutaj w ciągu 3 sekund można przekreślić kogoś karierę - mówił nam dyrektor Gotowała. Cały czas podkreślał, że sprawa jest wyjaśniana. Odpowiedź mieliśmy otrzymać najpóźniej do piątku 24 marca. Odpowiedzi nie otrzymaliśmy. Zadzwoniliśmy więc do dyrektora ponownie we wtorek, 28 marca. Pan dyrektor twierdził, że nadal sprawa jest wyjaśniana. Wtedy jednak dodał, że pani Janowska tłumaczyła, że feralnego dnia była zmęczona i zdenerwowana. Na oficjalną odpowiedź dyrektor prosił by jeszcze poczekać. W związku z tym, że minął kolejny tydzień, a odpowiedź nie nadeszła w poniedziałek 3 kwietnia zadzwoniliśmy do Marka Gotowały ponownie. Tym razem dyrektor tłumaczył się nawałem pracy. Stwierdził, że w końcu musi usiąść i opracować odpowiedź. - Mam ważniejsze sprawy, jak pani Janowska. Muszę tylko usiąść i ładnie, składnie, kulturalnie i grzecznie napisać. Już wszystko wiem. Tylko bez pośpiechu, bo i tak już temu panu... Potrzebuję chwili wolnego czasu i spokoju, żeby to napisać. Już obiecałem pani wcześniej, że odpowiem, więc teraz nie będę obiecywał, bo wyjdę już wtedy całkiem na osobę niewiarygodną, a tego bym nie chciał. Ja wiem, że to są sprawy ważne dla tych osób. Do pani pójdzie tylko informacja, że napisałem do tych osób. Więcej nie mogę powiedzieć - powiedział nam Marek Gotowała.
Tym razem dyrektor zadeklarował się, że zrobi to najpóźniej do środy 5 kwietnia. Około godziny 11:30, 5 kwietnia dyrektor przysłał nam SMS-a, że zgodnie z ostatnią obietnicą wysłał pismo do Bożejewic.
ZACHOWYWAŁAM SIĘ DOKŁADNIE, JAK ONA
Nam udało się również w środę skontaktować telefonicznie z lekarką Beatą Janowską. Spytaliśmy, czy sprawa jej zachowania w Bożejewicach przedstawiona przez rodzinę Kolczyńskich jest prawdą.
Pani doktor odpowiedziała: - Ja zachowywałam się dokładnie tak samo jak ona. Celowo, żeby jej pokazać jak jest, bo jedno zachowanie stymuluje zachowanie drugie. Dokładnie w tym celu, po to, żeby ta pani to właśnie zrozumiała. I myślę, że zrozumiała. Spytaliśmy, czy pani doktor użyła określenia: „Jak ci j... łbem o ścianę, to dopiero zobaczysz. Wynoś się stąd c..., wynocha stąd”.
Beata Janowska odpowiedziała nam: - Tak, dokładnie. Ale ta pani użyła wobec mnie dokładnie określeń typu: ku..., itd. No chyba nie muszę panu dalej cytować. Dokładnie tak to wyglądało, więc ja wtedy tak dokładnie powiedziałam, jak w tej chwili pan to określił. I tak jej powiedziałam. To było chyba przy mamie tej pani, nie wiem przy kim. Jeśli chodzi o sprawę czystości w domu państwa Kolczyńskich pani Beata Janowska stwierdziła, że na nią by nie narzekała, gdyby tam rzeczywiście było czysto.
- Ja popełniłam jeden podstawowy błąd. Chciałam tej pani pójść na rękę, jako że mieszka na wsi i nie chciałam, żeby musiała specjalnie przyjeżdżać po stwierdzenie i wypisanie dokumentu jakim jest akt zgonu do przychodni. A powinnam była to zrobić, bo warunki, które tam były absolutnie nie były możliwe, aby jakikolwiek dokument tam wypisać. Tam po prostu dokument przykleił się do stołu, a akt zgonu jest dokumentem, który nie może być ani zachlapany, ani nie może być na nim żadnego skreślenia. Trzeba było mi po prostu zostawić tam stwierdzenie zgonu i nie wypisywać aktu zgonu. Zrobiłam podstawowy błąd. Gdy ten dokument mi się przylepił poprosiłam, by pani była uprzejma uprzątnąć z tego stołu. No więc jak uprzątnęła, tak zachlapała pielęgniarkę jakimś tam płynem, którym uprzątała, wtedy powiedziałam raz jeszcze proszę jeszcze raz to sprzątnąć. No i ona wtedy zaczęła rzucać swoje słownictwo wobec mnie. Ja wtedy powiedziałam: - „Tak proszę pani to ja też mogę się odzywać”. I jej dokładnie w tym samym języku, którym ona mówiła do mnie powiedziałam jej tak samo. Powiedziałam, tak proszę pani się odzywać to nie jest sztuka i zaraz to pani udowodnię i tak zrobiłam. Ta pani była oburzona, ale ja powiedziałam, że od k..., to może każdy wyzwać. Każdy może zrobić wszystko, każdy może każdego walnąć w łeb, proszę pani i to tak, że się przyklei do ściany i się nie odklei - to są moje słowa. Dokładnie takich słów użyłam. Pani wtedy wyszła, trzasnęła drzwiami i poczuła się wielce oburzona - powiedziała nam Beata Janowska.
Na zakończenie naszej rozmowy pani doktor dodała, że i tak nie ma wpływu na to, co gazeta napisze. Jej zdaniem coś o kimś powiedzieć i powtórzyć na zasadzie jeden drugiemu, to nie jest sztuka.
- W ten sposób bardzo łatwo jest zrobić komuś krzywdę (...) Moja praca polega na tym, że spotykam się z różnego typu ludźmi. Spotkałam się w mojej pracy z różnymi sytuacjami. Nas nic nie chroni, każdy może o nas powiedzieć wszystko, wszędzie gdzie chce i jak chce. To jest praca z ludźmi i pan o tym doskonale wie. Ja też dostałam pewnego rodzaju nauczkę, bo już sobie powiedziałam, że nigdy już nikomu w domu nie wypełnię dokumentu o takim znaczeniu. Chciałam zrobić dobrze i dostałam za swoje. I taka jest prawda - stwierdziła Beata Janowska.
Sława Kolczyńska, gdy zapytaliśmy ją, czy używała wulgarnych słów wobec lekarki wybuchnęła śmiechem i powiedziała, że nic takiego nie miało miejsca. - To nieprawda, tego na pewno nie było, na pewno nie. Nawet jeśli mi pani nie wierzy może się pani skontaktować z nasza babcią, ona przy tym była. Nic takiego nie było - zapewnia Sława Kolczyńska.
Magdalena Lachowicz
współpraca
Paweł Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1312 (14/2017)
Inne teksty na ten temat:
Dyrektor Gotowała przeprasza za zachowanie lekarki
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze