Konflikt sąsiedzki - czasami o sprawy błahe - między sprzątającym i dbającym o porządek we wspólnocie Kazimierzem Mieczykowskim a Anną Kozajdą, urasta ostatecznie do takiej rangi, że niemożliwy jest do zatrzymania. Sąsiadka nasyła na sąsiada ojca i dwóch braci, by z nim porozmawiali, a on wzywa potem policję i pracowników opieki społecznej. Nie przynosi to żadnego rozwiązania.
Nie ma żadnych wątpliwości, że regulamin korzystania z placu zabaw zabrania gry w piłkę nożną. I tutaj Kazimierz Mieczykowski ma rację, pilnując porządku. fot. Damian Stawski Kazimierz Mieczykowski jest podopiecznym M-GOPS w Mogilnie i utrzymuje się z zasiłku. Jak mówi, w utrzymaniu pomaga mu także rodzina. Mieszka w boku przy ul. 900-lecia 28. Tam w ramach wspólnoty mieszkaniowej odpowiedzialny jest za sprzątanie (za to też otrzymuje pieniądze), a przez sąsiadów w tym fachu uważany jest za wzór. Najbardziej nie znosi bałaganu. Jedna z sąsiadek mówi o nim reporterowi Pałuk: - To człowiek czysty na wskroś.
BUTELECZKA
Kazimierz Mieczykowski popadł w konflikt z mieszkającą od 6 lat w bloku sąsiadką Anną Kozajdą. Mówi, że gdy 1 lutego wyprowadzał psa na spacer, przy drzwiach mieszkania sąsiadki leżała mała buteleczka od wódki. Widział ją też sąsiad pana Kazimierza - Mieczysław Pochylski, gdy o 6:00 wychodził do pracy. - Ale nie chciał jej zabierać, bo mówi: „taka rychła godzina, to nie będę się komuś szwendał pod drzwiami”. No i zostawił tą buteleczkę i pojechał do pracy - twierdzi Kazimierz Mieczykowski. Gdy pan Kazimierz wracał, dziwnym trafem ta sama buteleczka stała na środku schodów. Mówi, że rozzłościło go to. Twierdzi, że od razu wiedział, że buteleczkę postawiła tam jego sąsiadka - Anna Kozajda.
- Więc tę buteleczkę wziąłem i z tych nerwów kopnąłem z powrotem. Z jakiej racji ja mam to sprzątać, no, ale na tym się nie skończyło - opowiada.
TO TEN
Mówi, że tego samego dnia, gdy był w okolicach swojej klatki blokowej, nagle podjechał samochód na inowrocławskich rejestracjach. Jeden z mężczyzn wyskoczył z samochodu, wskazał na Kazimierza Mieczykowskiego i powiedział: - To ten. Jednego z mężczyzn Kazimierz Mieczykowski rozpoznał. Był to ojciec Anny Kozajdy. Jak mówi pan Kazimierz, pierwsze co pomyślał, to że chodzi o tą właśnie buteleczkę. Tym bardziej, że sąsiadka widząc zajście wybiegła z mieszkania. - Zaczęła krzyczeć, że ja butelki jej podkładam i tak dalej, wrzeszczała na cały głos - mówi pan Kazimierz. Mężczyźni nie reagowali na krzyki, za to próbowali wepchnąć go do klatki. - Ja się opierałem, nie chciałem, no kurczę wiem, co mnie czeka jak wejdę. Bo jeżeli oni tylko na rozmowę przyjechali, niech rozmawiają normalnie, nawet przed klatką. Wiadomo czemu wpychali mnie do klatki - twierdzi pan Kazimierz.
NA RATUNEK SĄSIAD
Gdy Kazimierz Mieczykowski już myślał, że dostanie za chwilę tęgie lanie, nagle w polu widzenia pojawił się sąsiad - Mieczysław Pochylski. Wracał z pracy.
- Oni go nie zauważyli, bo mną byli zainteresowani. On stanął i tylko się przysłuchiwał. Odezwałem się „zobacz, Mieciu, co ze mną chcą zrobić, wpychają mnie tu” - relacjonował pan Kazimierz. To pomogło, mężczyźni uciekli do mieszkania Anny Kozajdy.
- Jak uciekli, ja powiedziałem, że dzwonię na policję. Nie pozwolę, żeby ktoś mnie tak traktował - mówił pan Kazimierz.
Mieczysław Pochylski potwierdził całe zajście: - Taka niemiła sytuacja, akurat najechałem na to i odpuścili. Oni go tak przyduszali do ściany. Był w każdym razie bardzo przestraszony. Potem uciekli do mieszkania sąsiadki.
INTERWENCJE POLICJI I M-GOPS
Jak poinformowała nas zastępca rzecznika KPP w Mogilnie Magdalena Polak, 1 lutego około 14:25 policjanci przeprowadzili interwencję na ul. 900-lecia 28, która dotyczyła konfliktu sąsiedzkiego.
Według zgłaszającego miał on zostać napadnięty przez trzech n/n mężczyzn, którzy przyszli do sąsiadki, z którą żyje w konflikcie. Zgłaszający nie miał żadnych widocznych obrażeń, nie potrzebował pomocy medycznej. Interwencję zakończono na pouczeniu - mówi Magdalena Polak. Policjanci spisali też zeznania sąsiada Mieczysława Pochylskiego, a ten miał mówić do policjantów: No panowie, to nie może być tak, żeby aż trzech chłopów nasyłano na takiego „lichotkę”.
Podobnie interwencję w towarzystwie jednego z dzielnicowych KPP w Mogilnie podjęła pracownica socjalna M-GOPS Grażyna Grylewicz, która przeprowadziła rozmowę zarówno z Kazimierzem Mieczykowskim, jak i z Anną Kozajdą.
1 lutego po tej sytuacji o 17:55 trafił na izbę przyjęć SPZOZ w Mogilnie z bólem w klatce piersiowej. Diagnoza była jednoznaczna: Ostra reakcja na stres. W stanie, w jakim znajduje się Kazimierz Mieczykowski, nie może się denerwować. 31 lipca 2016 r. przeszedł ostry zawał serca. Jak tłumaczy, w tej chwili boi się wychodzić z domu. Ma wrażenie, że ktoś się na niego za rogiem czai. Ma już umówioną wizytę u psychologa. Z domu jednak wychodzi, bo musi.
ZASZŁOŚCI Z PRZESZŁOŚCI
Buteleczka po wódce to nie jedyne sąsiedzkie utarczki między Anną Kozajdą a Kazimierzem Mieczykowskim. Rok temu sąsiedzi wraz z Kazimierzem Mieczykowskim siedzieli na ławkach przy kawie i piwie. Synowie Anny Kozajdy grali w piłkę. - Powiedzieliśmy jej, żeby te dzieciaki poszły grać na boisko przy „trójce” - tłumaczy Kazimierz Mieczykowski. W końcu piłka uderzyła w szklankę na stole i w jedną z sąsiadek.
10 lutego rozmawialiśmy z Anną Kozajdą i jej mężem Zbigniewem. Jak mówi pani Anna, problemy z sąsiadem mają dość często. - Zaczepia mi dzieciaki, potrąca na klatce i co ja mam na to poradzić - tłumaczy reporterowi. Jak dodała, trójka mężczyzn, która podeszła do Kazimierza Mieczykowskiego, to był jej ojciec i dwóch braci. Jak twierdzi, bracia nie chcieli go pobić. - Jeden z braci jest wojskowym, przecież jakby go już dotknął, to by już jakiś ślad został - stwierdziła mieszkanka. Powiedziała, że nie rozumie nagonki na jej dzieci, które chcą się po prostu bawić na podwórzu przed blokiem.
- Niech dzieciom dadzą się bawić. Nie mogą wyjść na plac zabaw spokojnie. Jak sąsiedzi balangują, to mogą wszystko - mówi Anna Kozajda. Zbigniew Kozajda dodaje: - W zeszłym roku psa mu woziłem do weterynarza, pieniądze też chciał pożyczyć, to mu się dało, a teraz co.
CO NA TO SĄSIEDZI?
Zarówno Kazimierz Mieczykowski, jak i Anna Kozajda mówili, że należy przejść się po sąsiadach, by poznać jak cała sytuacja wygląda. Kazimierz Mieczykowski mówi: - Mnie sąsiadki na kawę wołają, nie ma żadnego problemu, a ona się wprowadziła i chce by każdy się jej podporządkował. Z kolei Anna Kozajda mówi: - Nie ma osoby w klatce, która nie miałaby do czynienia z panem Mieczykowskim.
Co zatem na całą sytuację sąsiedzi? Rzeczywiście życie w jednej klatce z Kazimierzem Mieczykowskim nie należało momentami do najprzyjemniejszych. Jak zwracają uwagę sąsiedzi, po alkoholu potrafił się czepiać wszystkich i wszystkiego, tyle że - jak podkreślili - teraz sytuacja uległa zmianie i w tej chwili jest już dobrze. Łatwo z Kazimierzem Mieczykowskim nie miała też początkowo Grażyna Grylewicz z M-GOPS.
- Wcześniej występowały sytuacje konfliktowe i nieporozumienia pomiędzy pracownikiem socjalnym a panem Kazimierzem. Jednak w ostatnim czasie powyższe zdarzenia nie mają miejsca, zachowanie pana Mieczykowskiego uległo znacznej poprawie i aktualnie nie wzbudza żadnych zastrzeżeń. Na bieżąco zgłasza pracownikowi socjalnemu swoje problemy, np. aktualny konflikt z sąsiadką - poinformowała kierownik M-GOPS Agnieszka Szulc.
Wszyscy sąsiedzi zwracali uwagę na zachowanie dzieci Anny Kozajdy. Mówili, że rzeczywiście Kazimierz Mieczykowski zwracał wielokrotnie im uwagę, tyle, że robił to w dobrej wierze.
- On po prostu bardzo lubi porządek i stąd są scysje z dziećmi, że na przykład kazał dziecku sprzątać. Ja nie będę miała pretensji o to, że dziecko przyleci z płaczem, bo zrobił dobrze, że zwrócił uwagę - mówiła jedna z sąsiadek. Tak samo sąsiedzi wypowiadali się o graniu w piłkę przez synów Anny Kozajdy. - To nie są małe dzieci, to są postawni chłopcy, starszy chodzi już do gimnazjum. Blaszane garaże są całe powgniatane, kto za to zapłaci? To nie jest miejsce na granie dla takich dużych chłopaków - mówiła inna sąsiadka. Zwróciła również uwagę na to, że na podwórku przed blokiem stoi tabliczka, która informuje o zakazie gry w piłkę. Niestety do tego zakazu synowie Anny Kozajdy się nie stosują.
Damian Stawski
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1305 (7/2017)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze