Reklama

Tadeusz Wesołowski - kurier z Olszy, kurier Tadeusz, Jan Nowak, Zagroda

Tadeusz Wesołowski z Olszy pod Mogilnem w czasie wywózek inteligencji w 1940 roku znalazł się na Podhalu, gdzie przez kilka lat kursował jako kurier na szlaku Nowy Targ - Budapeszt, a potem Warszawa - Miluza. Wpadł, gdy wiózł dokumenty dla wracającego z misji w Szwecji Jana Jeziorańskiego (jeszcze wtedy nie Nowaka). Torturowany w więzieniu inowrocławskim, nie wydał nikogo. Uwolniony z obozu koncentracyjnego przez Amerykanów, po wojnie zamieszkał w Anglii. W latach siedemdziesiątych odwiedzał rodzinę w Polsce, ale szczegółów swojej działalności konspiracyjnej nie ujawniał do końca życia, gdyż mogło to zaszkodzić jego bratu - Antoniemu Wesołowskiemu, długoletniemu przewodniczącemu Powiatowej Rady Narodowej w Mogilnie.

Poniższy tekst ukazał się w Pałukach 27 grudnia 2007 roku (51/2007). Po szesnastu latach od publikacji uaktualniliśmy go o nowe informacje. Sprawdziliśmy, jak w Mogilnie pielęgnuje się pamięć o słynnym kurierze z Olszy - Tadeuszu Wesołowskim.

Urodził się w Olszy

Tadeusz Wesołowski urodził się 27 września 1904 r. w Olszy (gm. Mogilno), w rodzinie chłopskiej. Był najstarszym synem z dziewięciorga dzieci Władysława i Heleny, z domu Hartwich. Ojciec jego zajmował się murarką i z tej pracy utrzymywał całą rodzinę. Szkołę podstawową ukończył w swej rodzinnej Olszy.

Reklama

Budynek szkoły w Olszy fot. Paweł Lachowicz

Budynek szkoły w Olszy fot. Paweł Lachowicz

Pomimo trudnej sytuacji materialnej rodziny ukończył także z powodzeniem gimnazjum w Wągrowcu, a następnie wydział prawa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Tu spotkał się i kolegował ze Zdzisławem Jeziorańskim, późniejszym Janem Nowakiem-Jeziorańskim, słynnym kurierem i dyrektorem Radia Wolna Europa. Byli kolegami z jednego akademika.

Po studiach podjął pracę w Okręgowej Dyrekcji Kolei Państwowych w Poznaniu jako radca prawny. Mógł tym samym pomagać materialnie swojej rodzinie, a szczególnie młodszym braciom, którzy dzięki temu mogli ukończyć gimnazjum.

Reklama

Wybuch wojny spowodował przerwanie pracy w PKP. Brat Tadeusza - Antoni Wesołowski tak wspomina w książce Zrodziła ich Ziemia Mogileńska, w artykule autorstwa Krystyny Słomkowskiej-Zielińskiej ten moment w życiu Tadeusza: - Przed wkroczeniem Niemców do Poznania dyrekcja powierzyła mu pensje pracowników, którym nie zdążyła ich wypłacić. Tadeusz szukał ich potem wielu aż do grudnia. To był cały on.

Gdy w 1939 roku Tadeusz Wesołowski wrócił do rodzinnej Olszy, miał 35 lat.

Wysiedlenia z Olszy

W tym właśnie czasie Niemcy prowadzili akcje wysiedlania polskiej inteligencji. Represje hitlerowskie nie ominęły również mieszkańców Olszy. Mieszkała tam rodzina Lepczyńskich, której losy - jak się później miało okazać - skrzyżowały się z losami Tadeusza Wesołowskiego.

Reklama

Tak z opowiadań matki, starszego rodzeństwa i ciotek pamięta ten czas bezpośredni jego uczestnik Edmund Lepczyński, który wówczas miał zaledwie 6 miesięcy, a dziś mieszka w Mogilnie: - Było to na początku grudnia 1939 r. Ojciec mój Tomasz Lepczyński na terenie Olszy organizował zabezpieczenia przed wkroczeniem wroga, po prostu organizował obronę dla mieszkańców Mogilna i okolic.

Dzięki sąsiadce [tu pada nazwisko, ale nie podajemy go, gdyż nie możemy potwierdzić tej informacji - przyp. red.], która poszła na gestapo w Mogilnie donieść, że tato ma w domu w szafie pod bielizną schowaną broń, ojciec został aresztowany przez gestapo we wrześniu 1939 r. i wywieziony do obozu w Dachau. Tam został spalony w 1942 r. Całą historię znam z opowiadań mamy i ciotek. Już jako mały chłopiec dopytywałem się, jak my przeżyliśmy okres wojny, w jakich żyliśmy warunkach, kto nam wtedy pomógł, jak szczęśliwie dotarliśmy do Krakowa. I tu dowiedziałem się, że największą zasługę, że w ogóle przeżyliśmy i dotarliśmy do Krakowa ma właśnie Tadeusz Wesołowski. To był bardzo dobry człowiek - opowiada reporterowi Pałuk Edmund Lepczyński.

Reklama

Dom rodzinny Tadeusza Wesołowskiego w Olszy. 16 lat temu pisaliśmy, że jest niezamieszkały i przeznaczony do rozbiórki. fot. Paweł Lachowicz

Dom rodzinny Tadeusza Wesołowskiego w Olszy. 16 lat temu pisaliśmy, że jest niezamieszkały i przeznaczony do rozbiórki. fot. Paweł Lachowicz

tak się stało. Dom, w którym mieszkał Tadeusz Wesołowski został zburzony. Miejsce, na którym stał, jego rodzina zagospodarowała na ogród. fot. Paweł Lachowicz

I tak się stało. Dom, w którym mieszkał Tadeusz Wesołowski został zburzony. Miejsce, na którym stał, jego rodzina zagospodarowała na ogród. Zidentyfikować to miejsce pomaga hydrant. fot. Paweł Lachowicz

Chleb, mleko, ubranie

Gdy wybuchła wojna i Niemcy wkroczyli do Mogilna, Tadeusz Wesołowski był już u swojej matki i rodziny w Olszy. Pewnej grudniowej nocy przyjechało do Olszy gestapo i przeprowadziło akcję wysiedleńczą.

Reklama

- Gdy brano nas z domu, był czterdziestostopniowy mróz, najgroźniejsza zima. Moja mama nie zdążyła nawet się ubrać, tylko była w szlafroku i w laczkach. Zdążyła tylko ubrać moje rodzeństwo, ja miałem wtedy 6 miesięcy, więc mnie dodatkowo owinęła, to gestapowiec wszystko ze mnie zerwał, zabrał nawet bamboszki myśląc, że coś tam pochowała. Ponieważ bardzo płakałem, wyrwał mnie mamie, wziął za nóżki i rzucił na ciężarowy samochód. Mama myślała nawet, że już nie żyję, ale ja dzięki Bogu przeżyłem. Tak jak staliśmy, gestapo wywiozło nas na rampę do Mogilna, aby tutaj czekać na towarowy pociąg bydlęcy, którym wywozili wszystkich wygnańców - dodaje Edmund Lepczyński.

Edmund Lepczyński fot. Paweł Lachowicz

Reklama

Edmund Lepczyński fot. Paweł Lachowicz

Gdy Tadeusz Wesołowski dowiedział się, że Janinę Lepczyńską oraz wszystkie jej dzieci zabrało gestapo i są na rampie towarowej w Mogilnie, kazał swojej mamie szybko upiec chleb, który razem z mlekiem wziął i zakradł się na rampę. Próbował nawet przekupić niemieckich strażników, którzy pilnowali pociągu, żeby jakoś dostarczyć żywność.

Edmund Lepczyński mówi: - Gdy tylko zobaczył, jak moja mama była skostniała z zimna i ubrana tylko w szlafrok, zaraz pobiegł do jakiś znajomych na ul. Słowackiego, ubrał się w stare ciuchy, i tak przerobił gestapowców, że w swój gruby płaszcz, swoje kalesony, spodnie i buty ubrał moją mamę. Gdy podjechał pociąg z bydlęcymi wagonami to jeszcze wybrał dla nas najlepszy z wagonów - taki, który miał pozabijane okna deskami. W takim było cieplej, w innym moglibyśmy nie przeżyć. Tym bardziej ja - małe sześciomiesięczne niemowlę.

Reklama

Kurier Tadeusz jedzie na południe

Tadeusz Wesołowski wskoczył do transportu i pojechał razem z rodziną Lepczyńskich w kierunku Krakowa. Nie znamy motywów. Czy była to świadoma podróż na południe Polski, gdzie później trafił do komórki AK i zajmował się przerzutami ludzi i wiadomości na Węgry i Słowację. Czy też był to przypadek, że znalazł się na Podhalu, a jedynym wytłumaczeniem podróży w bydlęcym wagonie była chęć pomocy rodzinie Lepczyńskich i ucieczki z Olszy, gdzie było bardzo niebezpiecznie. Należy pamiętać, że był to okres wyjątkowych prześladowań mieszkańców Mogilna i okolicznych wiosek przez hitlerowców, za opór, jaki stawili mogilnianie broniąc na początku września miasta przed wejściem Niemców. Mogilno zostało zdobyte dopiero 11 września, zapłaciło za to jednak olbrzymią cenę. 156 osób zostało zamordowanych, zaczęły się prześladowania i wywózki - do Generalnej Guberni do Szczeglina i innych obozów.

Bez przesady można stwierdzić, że spuścizna tamtych dni, w których Niemcy pozbawili miasto najbardziej patriotycznie nastawionych rodzin, odczuwalna jest w Mogilnie do dziś.

Reklama

Tadeusz Lepczyński wspomina: - On miał już w sobie coś takiego, że chciał cały czas pomagać ludziom. Podczas podróży opiekował się wszystkimi rodzinami, które z nami jechały. Polacy wiedząc, że jedzie transport z rodzinami z małymi dziećmi w każdy możliwy sposób pomagali. Na przykład pod pociąg podkładali jakieś belki, a gdy pociąg stanął podrzucali np. jedzenie. Wtedy strażnicy strzelali do nich. W taki też sposób narażał swoje życie Tadeusz Wesołowski. Gdzieś pod Skawiną blisko Krakowa, gdy pociąg stanął, a ludzie bali się bliżej podejść z żywnością, to Tadeusz Wesołowski z narażeniem życia wyskoczył z pociągu i poszedł po tą żywność. Wracając przed samym wagonem został przez strażnika lekko postrzelony. Gdy nie mógł sam wskoczyć wówczas pomogli mu wszyscy, którzy stali z przodu i wciągnęli go do wagonu i dalej jechał z nami.

Zniknął, ale pomagał

Pociąg ze Skawiny do miejsca rozładunku w Krakowie jeszcze kilkakrotnie stawał, ale Janina Lepczyńska nie widziała już Tadeusza Wesołowskiego. Prawdopodobnie tuż przed wjazdem do obozu uciekł z pociągu. Być może zdawał sobie sprawę, że go podejrzewają, że Niemcy widzieli jak wszystkim pomagał i że może zostać przez to rozstrzelany.

Reklama

- Do końca niestety nie wiem jaka była przyczyna, że wszystkim pomagał, a potem zginął bez śladu. Dopiero trochę później, prawie po sześciu miesiącach, gdy Czerwony Krzyż z lochów pod Krakowem przekazał nas do koszar po byłym wojsku polskim, gdzie opiekowały się nami siostry zakonne, dowiedzieliśmy się od wojskowego w mundurze oficera niemieckiego, a był to najprawdopodobniej akowiec, który przyniósł mojej mamie list, że wujek, który nam pomagał żyje, czuje się dobrze i nadal walczy o skrócenie naszych męczarni, o to żeby Polska jak najszybciej była wolna. Mama dowiedziała się także, że Tadeusz Wesołowski nie może się z nami skontaktować, ponieważ ma wyższe misje i nie może sobie pozwolić na takie odwiedziny, ale jest na terenie Krakowa i cały czas pomaga. Za jego przyczyną oraz na prośbę jego kolegów z AK, którzy mieli wejścia w Krakowskiej Guberni, umożliwiono mojej rodzinie przebywanie w lepszych warunkach bytowych, dzięki niemu mógł zajmować się nami szwajcarski Czerwony Krzyż. O tym, że to Tadeusz Wesołowski cały czas ma nad nami pieczę, dowiedzieliśmy się od tego żołnierza AK przebranego w niemiecki mundur, prawdopodobnie przyjaciela wujka - mówi Edmund Lepczyński.

- Nie wiem, czy to był on, ale już po zakończeniu wojny, gdy byłem już pięcioletnim chłopcem, a było to lato 1944 r., wyszedłem przed koszary i pod bramą bardzo wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna (a takiego z opowiadań pamiętałem wujka Tadeusza Wesołowskiego) w mundurze niemieckim złapał mnie, wciągnął za bramę, zza płaszcza wyciągnął kawał sera tylżyckiego i po polsku powiedział, że mam iść i dać go mamie, żeby wszystkich nim podzieliła. I tak później była dyskusja, czy nadal nami opiekuje się nie zdradzając siebie Tadeusz Wesołowski. Pamiętam jak mama, czy ciotki opowiadały mi te historie, gdy byłem jeszcze chłopcem - bardzo mnie one wzruszały i tak jest do dzisiaj - kończy Edmund Lepczyński.

Reklama

Praca konspiracyjna Tadeusza Wesołowskiego

Tak Tadeusz Wesołowski znalazł się na Podhalu. Z książki Jana Nowaka-Jeziorańskiego Kurier z Warszawy wynika, że Tadeusz Wesołowski na Podhale został wysiedlony bezpośrednio z Poznania, ale też - że nie wyjechał na Podhale przypadkowo. Opowieści słynnego kuriera i Edmunda Lepczyńskiego nie są z sobą sprzeczne. Wynika z nich, że Tadeusz Wesołowski dotarł na południe Polski z wysiedlonymi, ale z własnej inicjatywy. Jan Jeziorański mogileńskich szczegółów mógł dokładnie nie znać (szczególnie, że swą książkę pisał jeszcze przed odnalezieniem kontaktu z Wesołowskim).

Na południu Polski przybysz z Olszy pracował jako agent ubezpieczeniowy Państwowego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych oraz w konspiracyjnym ZWZ (później AK) w komórce łączności z zagranicą Południe. Przełożonym jego był Adam Smulikowski Kotwicz. Jak wiemy z książki Jana Nowaka-Jeziorańskiego - Wesołowski wyróżniał się niezwykłą odwagą przy częstym przekraczaniu granicy ze Słowacją i z Węgrami na szlaku Nowy Targ - Budapeszt.

Wsypa w Nowym Targu

Wsypa kurierów w Nowym Targu zmusiła go do przeniesienia się z Podhala do Warszawy, jednak nie zaprzestał swojej kurierskiej działalności. Od tej pory poszukiwany był przez gestapo pod prawdziwym nazwiskiem. Aby móc nadal działać, jako kurier używał fałszywych dokumentów i nadal kursował, lecz już na trasie do Francji szlakiem Warszawa - Miluza w ramach konspiracyjnej struktury "Zagroda", którą kierowała Emilia Malessa. W tej samej komórce podziemia kursował na trasie Warszawa - Londyn Jan Jeziorański (Jan Nowak) - kolega Tadeusza Wesołowskiego ze studiów w Poznaniu (mieszkali razem w funkcjonującym do dziś akademiku "Hanka" przy Alejach Niepodległości).

Kurier z Warszawy - Jan Nowak Jeziorański

Przez kolejnych kilka lat swojej pracy konspiratorskiej, a mianowicie do roku 1943 los sprzyjał kurierowi Tadeuszowi. Uchodził za jednego z najbardziej wypróbowanych i doświadczonych kurierów warszawskiej konspiracyjnej siatki. Pomagało mu bardzo to, że jako jeden z nielicznych kurierów doskonale władał językiem niemieckim.

W czerwcu 1943 r., krótko po przybyciu z Miluzy, otrzymał kolejny rozkaz. Okazało się, iż było to szczególnie niebezpieczne zadanie. Miał dostarczyć do Gdyni dokumenty dla kuriera - Jana Jeziorańskiego, który pod nazwiskiem Kwiatkowski właśnie wracał ze Szwecji. Akcja była bardzo niebezpieczna ze względu na to, że dwa tygodnie wcześniej wpadła wioząca dla Jana Kwiatkowskiego do Gdyni dokumenty kurierka o pseudonimie Hilda i w związku z tym uznano skrzynkę w Gdyni za zagrożoną. Tadeusz nie wiedział, dla kogo wiezie dokumenty. Była to jedna z wielu zasad konspiratorskich uniemożliwiających w przypadku aresztowania kolejne wsypy.

Wiózł Janowi Nowakowi-Jeziorańskiemu dokumenty

Kurier Tadeusz podjął się wykonania zadania. Akcja była przygotowana naprędce i ważność dokumentu, jakim posługiwał się Tadeusz Wesołowski - niemiecka przepustka wystawiona na nazwisko reichsdeutscha - uległa przedawnieniu. Na jej wznowienie trzeba było czekać, czasu jednak nie było. Tadeusz jechał na papierach wystawionych na niemieckiego inżyniera kolejowego.

Dokumenty, jakie miał przewieźć, oprawione były w okładce książki autorstwa samego Hitlera Mein Kampf. Książka miała nie wzbudzać podejrzeń przy ewentualnych kontrolach. W twardej okładce dzieła wodza niemieckich narodowych socjalistów tkwiły dokumenty dla szwedzkiego kuriera. Tadeusz zdawał sobie doskonale sprawę z niebezpieczeństwa. Miał fałszywą przepustkę, a gestapowcy potrafili rozpoznać ją po źle podrobionych znakach wodnych, które można było usunąć paznokciem. Fałszywe przepustki różniły się także od oryginalnych odcieniem.

Tadeusz Wesołowski wyruszył pociągiem pod niemieckim nazwiskiem do Gdyni. Ponieważ jego koleżanka Hilda wpadła w ręce gestapowców w Nowym Dworze, kurier Tadeusz pojechał inną, okrężną drogą - przez Kutno. W pociągu książkę wraz z fałszywymi dokumentami położył na półce wagonu, w którym podróżował. Jednak Kutno okazało się pechowe. W Kutnie niemiecka policja zorganizowała kontrolę w pociągu i zabrała wszystkim pasażerom dokumenty. Tadeusz Wesołowski został przez Niemców aresztowany. Założyli mu kajdanki, przyłożyli broń do brzucha, rozebrali go do naga. Ubrania zabrano do zbadania. Walizkę rozerwano na strzępy. Nie uszanowali Mein Kampf - na jego oczach z okładki książki wyciągnęli fałszywe dokumenty. Wśród nich były pieniądze, instrukcja oraz przepustka z fotografią.

Rozpoznał go polski Niemiec

Po osobistej rewizji przewieziono go do więzienia w Inowrocławiu. Był to jeden z najcięższych obozów śledczo-karnych w Kraju Warty. Tutaj dopiero zaczęła się gehenna mieszkańca Olszy.

Co najgorsze, został rozpoznany przez jednego Niemca z obsługi więziennej, który znał go pod prawdziwym nazwiskiem Tadeusza Wesołowskiego już przed wojną i zaczął zwracać się do niego w języku polskim. Nieszczęście prześladowało go od tej chwili na każdym kroku. Ponownie rozebrano go do naga i przywiązano do stołu, po czym dwóch oprawców przystąpiło do bicia. W ten sposób chcieli ukarać go za oszustwo i zmusić do mówienia, do wydania kolegów. Bili go do nieprzytomności. Gdy tylko się ocknął, przystępowali do kolejnego wymierzania kary.

Widział Jeziorańskiego, nie wydał go

Pytali, komu wiózł dokumenty, pokazali wszystkie dokumenty, jakie przy nim znaleźli - w tym przepustkę z fotografią na nazwisko Jana Kwiatkowskiego. Gdy zobaczył zdjęcie, zastanowiło go wielkie podobieństwo do przedwojennego kolegi, z którym studiował w Poznaniu - Zdzisława Jeziorańskiego.

Niemcy zadawali mnóstwo pytań. Głównie o to, kto znajduje się na fotografii oraz komu i gdzie miała być dostarczona przesyłka. Na wszystkie pytania Tadeusz Wesołowski odpowiadał, że nic nie wie. Niemcy nie przestawali bić; otrzymywał uderzenia ciężkimi bykowcami zakończonymi ołowianymi kulami. Było to tym bardziej bolesne, że uderzenia padały na wcześniejsze, jeszcze świeże rany. Po kolejnych uderzeniach stracił przytomność i obudził się cały zakrwawiony w celi więziennej.

Gestapowcy bali się, że nie przeżyje

Tego dnia w więzieniu przebywał na inspekcji wysoko postawiony dygnitarz, który widząc fatalny stan zdrowia Tadeusza, odesłał go do szpitala. Tutaj szczęście uśmiechnęło się do kuriera, bowiem lekarzem okazał się Polak, także więzień, który ulitował się nad nim i troskliwie się nim zaopiekował.

Aby nie dopuścić do wdarcia się gangreny, opatrzył wszystkie rany, ratując w ten sposób życie kuriera z Olszy. Po powrocie do celi nie mógł ani stać, ani chodzić, miał wysoką gorączkę, cały czas majaczył. Gestapowcy odstąpili od kolejnego torturowania więźnia, bojąc się, że nie przeżyje.

Bo Kotwicz Smulikowski go szantażował

Tadeusz był bardzo ważnym dla nich świadkiem i jego śmierć do niczego by nie doprowadziła. Gdy doszedł trochę do siebie, zaczęto go torturować psychicznie. Na początek osadzili go w celi z więźniem skazanym na egzekucję. Tadeusz Wesołowski zdążył pogodzić się z tym, że nie przeżyje, ale tym bardziej nie chciał wydać kolegów. Myślał, że jak umrzeć to z honorem. Nie wydał nikogo, dzięki temu uratował życie kuriera, któremu wiózł dokumenty.

Podczas przesłuchań wprowadził Niemców w błąd, kierując ich na fałszywy trop. Zrobił to, ponieważ zauważył, że Niemcy bardzo interesują się osobą o pseudonimie Kotwicz, czyli Adamem Smulikowskim - jego przełożonym z Podhala. Wiedząc, że Kotwicz przebywa bezpiecznie w Szwajcarii, podał jego dane informując gestapowców, że na zdjęciu jest właśnie on.

W swoich zeznaniach zaprzeczał, że kiedykolwiek pracował i działał dla organizacji podziemnych. Przyznał się tylko do tego, że oddawał pewne usługi znajomemu Adamowi Smulikowskiemu, ale robił to pod wpływem kobiety, która rzekomo była jego kochanką i hitlerowcom wymienił dane kurierki, która już nie żyła. Opowiadał, jak był szantażowany przez Smulikowskiego oraz jak szantażem zmuszony został do wyjazdu do Gdyni.

Wywieziony do Mauthausen

Momentem przełomowym dla gestapowców, po którym uwierzyli w jego zeznania była informacja o tym, że Wesołowski nie ufał Smulikowskiemu, a dowodem na to było to, że dokumentów nigdy nie dostał do ręki, ale odbierał je ze skrytki. Wówczas Niemcy skupili się wyłącznie na osobie Adama Smulikowskiego. Przesłuchania Tadeusza w więzieniu trwały w sumie 5 miesięcy. W tym okresie doszło do szeregu aresztowań, przez co w więzieniu zaczęło brakować miejsc. Wielu więźniów rozstrzelano.

Tadeuszowi Niemcy darowali życie myśląc, że jeszcze im się przyda, gdy będzie trzeba potwierdzać tożsamość Smulikowskiego. Z więzienia w Inowrocławiu odesłano go do obozu w Mauthausen, a stamtąd do jeszcze bardziej ciężkiego Ebensee. Więźniowie, którzy tam przebywali, licznie ginęli przy wierceniu sztolni w skale, gdzie później miała znaleźć się podziemna fabryka. Tutaj szczęście uśmiechnęło się do naszego bohatera.

Dzięki doskonałej znajomości języka niemieckiego został tam zmianowym i szczęśliwie dotrwał do wyzwolenia obozu przez Amerykanów.

W siatce Zagroda myśleli, że zmarł

Po roku od wpadki w Kutnie, gdy siatka kurierska Zagroda nie otrzymała od niego znaku życia uznano go oficjalnie za zmarłego. Wówczas na wniosek kierowniczki Zagrody Emilii Malessy, ps. Marcysia, komendant Armii Krajowej odznaczył go pośmiertnie Krzyżem Virtuti Militari.

Tymczasem Tadeusz Wesołowski żył w Anglii, w miasteczku Bolton. Tam nie opowiadał nikomu, co przeżył. Mieszkał samotnie, słuch o nim zaginął. Nie pisał listów do rodziny w Olszy i Mogilnie, myśląc o ich bezpieczeństwie, bał się zaszkodzić rodzinie. Nie chciał, by UB, a potem SB prześladowało ich, ze względu na jego kurierską działalność w AK. Mieszkał w kamienicy starej Angielki i ciężko pracował jako zamiatacz w pobliskiej fabryce tekstylnej.

Audycja Jana Nowaka-Jeziorańskiego w BBC

W niedzielę 22 lutego 1948 r., gdy wieczorem siedział samotnie w swoim lokatorskim mieszkaniu w Boltonie, krajowy serwis BBC nadawał obszerne słuchowisko zatytułowane Niepokonani. W tym dniu audycja nosiła tytuł Kurier z Warszawy. W programie na tle wojennych przygód i przeżyć kuriera polskiego ruchu oporu przedstawiona została Armia Krajowa i tragedia Powstania Warszawskiego. Właścicielka mieszkania przyszła po Tadeusza, aby posłuchał tej audycji, bowiem mówią w niej o Polakach.

Tadeusz Wesołowski zaczął słuchać audycji w momencie, gdy mowa była o jego aresztowaniu w Kutnie. Niespodziewanie usłyszał fascynującą opowieść z ust tego, komu wiózł dokumenty, za które został aresztowany.

Reprodukowana fotografia została wykonana w Bolton. Tadeusz Wesołowski stoi pierwszy z lewej, kim są dwaj panowie obok niego - nie wiemy. fot. arch. rodziny Jana Michałowskiego

Reprodukowana fotografia została wykonana w Bolton. Tadeusz Wesołowski stoi pierwszy z lewej, kim są dwaj panowie obok niego - nie wiemy. fot. arch. rodziny Jana Michałowskiego

Spotkanie z Janem Nowakiem-Jeziorańskim

Kurierem polskim, który opowiadał swe przeżycia był bowiem Jan Nowak, który Tadeuszowi właśnie i innym kurierom dedykował tę audycję. Po wyłączeniu radia Tadeusz Wesołowski postanowił napisać do redakcji BBC list, który podpisał imieniem i nazwiskiem.

W liście prosił o wyjaśnienia, gdyż wszystko w opowieści się zgadzało prócz danych osoby, do której miał wieźć dokumenty. Jak się później okazało chodziło o tę samą osobę, bowiem Zdzisław Jeziorański dla bezpieczeństwa w Anglii zmienił dane i był w radio przedstawiany jako Jan Nowak. Redakcja BBC przekazała list Jeziorańskiemu i tak doszło do spotkania przyjaciół z czasów studenckich z Poznania.

Uratował życie Janowi Nowakowi-Jeziorańskiemu

Życie jest bogatsze i przynosi więcej niespodzianek - pomyślałem, po przeczytaniu tego listu - niż najbardziej wymyślny dreszczowiec. Spotkanie z Tadeuszem Wesołowskim „Tadeuszem”, z którym nie widziałem się od czasów studenckiej przyjaźni, gdy mieszkaliśmy razem w Domu Akademickim, należy do najbardziej niezwykłych wydarzeń w moim życiu. Po upływie pięciu lat nie tylko ożył nieznany kurier, któremu zawdzięczam uratowanie życia, i który dawno uznany był za zmarłego, ale jeszcze okazał się dawnym kolegą i przyjacielem - pisze w swojej książce Kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański.

Podczas tego spotkania Tadeusz Wesołowski opowiedział swojemu przyjacielowi całe swoje okupacyjne dzieje, historię aresztowania oraz późniejsze losy.

 

Tadeusz Wesołowski w Bolton. W rękach książka, okulary, na kolanach pies. fot. arch. rodziny Jana Michałowskiego

Tadeusz Wesołowski w Bolton. W rękach książka, okulary, na kolanach pies. fot. arch. rodziny Jana Michałowskiego

Pozostał anonimowy - nie chciał szkodzić rodzinie

Brat Tadeusza Wesołowskiego - Antoni Wesołowski w latach 60. był przewodniczącym Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Mogilnie i szefem wojewódzkich struktur ZSL. Dlatego Tadeusz Wesołowski prosił Jana Nowaka-Jeziorańskiego, by zagwarantował mu, że nie ujawni jego nazwiska aż do swojej śmierci. Nie chciał nikomu z rodziny w komunistycznej Polsce zaszkodzić. Autor obiecał, że to uczyni i dotrzymał słowa - dopiero w ostatnich wydaniach książki w aneksie, rozszyfrowuje jego tożsamość.

Siostrzeńcem Tadeusza Wesołowskiego jest mieszkający w Olszy Jan Michałowski. Co ciekawe, on także był przewodniczącym Rady Powiatu Mogileńskiego przez kilka lat w kadencji 1998-2002. Działał m.in. w Solidarności Rolniczej i w Komitecie Obywatelskim Solidarność. Był członkiem Zarządu Gminy Mogilno od 1990 r. do 1998 r.

Jan Michałowski z Olszy - siostrzeniec Tadeusza Wesołowskiego w 2007 r. wiele nam opowiedział o kurierze "Tadeuszu" - zmarł 8 lipca 2019 r. fot. arch. "Pałuk"

Jan Michałowski mówi, że przed 1956 r. w Polsce z pewnością czekałoby na Tadeusza Wesołowskiego długoletnie więzienie, a może nawet śmierć. Zostawał on bezimienny na własne życzenie, nie chciał bowiem zaszkodzić w żaden sposób rodzinie, a w szczególności swojemu bratu Antoniemu Wesołowskiemu. - Gdyby ówczesne władze dowiedziały się o takich powiązaniach Antoniego, z pewnością straciłby on posadę. A tak w ogóle to myśmy wszyscy myśleli, że wujek nie przeżył okupacji, bo nie było od niego znaku życia - mówi Jan Michałowski.

Zwraca także uwagę, że komórka AK, w której działał kurier Tadeusz nie nazywała się Załoga, jak pisze Jan Nowak-Jeziorański w Kurierze z Warszawy, ale Zagroda. - Wujek mówił mi o tym wielokrotnie - wspomina Jan Michałowski i dodaje: - Wujek nigdy nie chciał rozgłosu. Nawet w książce, w której Jan Nowak-Jeziorański opisał m.in. jego działalność, nigdzie nie ma podanego nazwiska mojego wujka [niewykluczone, że sam autor zmienił nazwę komórki AK, aby nie ułatwiać Służbie Bezpieczeństwa pracy - przyp. red.]. Zawsze podawany jest tylko pseudonim pod jakim działał on w podziemiu - „Tadeusz”.

W 1974 roku dostał wizę

Rodzina z Olszy dowiedziała się, że Tadeusz Wesołowski żyje dopiero w dzień ślubu rodziców Jana Michałowskiego 2 października 1945 r.

Rodzina, w tym siostry Tadeusza odwiedzały go w Anglii. - Moja matka była u niego dwukrotnie - w 1965 r. i 1969 r. Często pisali do siebie listy. Później, kiedy sytuacja się trochę zmieniła, wuj starał się za wszelką cenę przyjechać w rodzinne strony. Jego starania uwieńczone zostały sukcesem i w roku 1974 otrzymał wizę wjazdową do Polski. Pierwszy raz przyjechał do rodziny na pełen miesiąc. Następnie odwiedził nas w 1975 r., wtedy jego wizyta była trochę dłuższa i trwała 3 miesiące. Później otrzymywał coraz dłuższe wizy pobytowe i przez ostatnie trzy lata swojego życia przyjeżdżał tak na pół roku - mówi Jan Michałowski.

Siostrzeniec przywitał go na polskiej ziemi 

Jan Michałowski odbierał go z lotniska Okęcie w Warszawie, gdy "Tadeusz" po raz pierwszy przyjechał do Polski po 31 latach przerwy. Mówi: - Pamiętam, że wyjechałem wtedy po niego swoim samochodem „fiatem 125p”. W tamtych czasach na polskich drogach nie jeździło dużo samochodów, a tym bardziej w Mogilnie. Więc jak ja pojechałem do Warszawy, to dla mnie było to wielkie wyzwanie - jechać do samej Warszawy. Z kolei wuj przyzwyczajony był do londyńskiego ruchu ulicznego i jadąc ze mną samochodem w pewnej chwili zapytał, czy u nas jest jakieś święto, bo tak pusto na drogach.

Tadeusz Wesołowski miał wtedy 70 lat i był już na emeryturze. W tym czasie, kiedy przyjeżdżał do Olszy, mieszkał z rodziną Jana Michałowskiego - jego siostra to mama Jana Michałowskiego i z nią był bardzo zżyty.

- Wtedy relaksował się pracą w ogródku. Zawsze mawiał, że on to jak ptak, na Wielkanoc zawsze przyjeżdża, natomiast na zimę wraca do Anglii. Tam w Londynie przez kolejne pół roku przesiadywał w bibliotekach, do których czasami musiał cały Londyn przejechać. Potem szmuglował wygrzebane ważne papiery przez granicę. Dzięki tej pracy kilku obecnych profesorów zdobyło materiały źródłowe o okupacji i o walce zbrojnej, a w tamtych czasach w Polsce były to niedostępne rzeczy. Nigdy nie wołał za to zwrotu kosztów, nie zarobił na tym ani centa, wręcz przeciwnie jeszcze do tego dokładał.

Jan Michałowski proszony, aby ujawnił, dla kogo pracował kurier „Tadeusz” w latach siedemdziesiątych, kiwa przecząco głową: - Za wcześnie o tym mówić.

Teraz był kurierem z Londynu 

Jan Michałowski tak wspomina spotkania z Tadeuszem w latach siedemdziesiątych: - Wujek był wesołym człowiekiem i śmieszne sytuacje zdarzały się nam nierzadko. Następnym razem, gdy wybierał się do Polski bał się kontroli celnej na lotnisku i przyjechał autokarem. W Świecku po odprawie celnej nie wsiadał już do autobusu, tylko ja już na niego czekałem i zabierałem prywatnym samochodem. Wtedy czuł się już bezpieczny. Był bardzo inteligentny. Nigdy za dużo nie mówił. Jednego razu jak przyjechał, to tylko mi powiedział „tym razem mam tego dużo” i ja już wiedziałem o co chodzi. Wiedziałem, że tam nie ma pomarańczy tylko ważne papiery. Chociaż nieraz przed Wielkanocą przywoził też cytrusy oraz słodycze, których w Polsce wtedy nie było. Nauczony był tej ostrożności przez bycie kurierem. On wiedział jak trzeba się zachować, umiał doskonale grać. Zgarbił się, trochę kulał i tak innych przetrzepywali, a jemu takiemu biedaczkowi jakiego grał, zawsze się udawało.

 

Obok pięciu uczniów małej szkoły wiejskiej w Olszy, którzy stracili życie z rąk hitlerowskiego okupanta jest też Tadeusz Wesołowski, któy przeżył.fot. Paweł Lachowicz

Obok pięciu uczniów małej szkoły wiejskiej w Olszy, którzy stracili życie z rąk hitlerowskiego okupanta jest też Tadeusz Wesołowski, który przeżył.fot. Paweł Lachowicz

Już mogę opowiedzieć o wujku

- Obecnie w Poznaniu żyją jeszcze dwie moje ciotki - siostry Tadeusza Wesołowskiego - Teresa i Maria [informacja z 2007 roku], ale one wiedzą o wiele mniej o wujku niż ja. Zresztą wujek nigdy nie chciał rozgłosu i zastrzegł sobie, że za jego życia nikt o jego działalności konspiracyjnej i całym życiu nie może wiedzieć. Ja jednak wiele takich rzeczy wiem, bo to ja jeździłem z wujem trochę po Polsce przez te 5 lat - do Łowicza, Bydgoszczy czy Torunia. Czasami opowiadał o tej „Zagrodzie”, dla której był kurierem. Czasami mówił nawet po imieniu, wspominając innych kurierów. Teraz po tylu latach od jego śmierci mogę już opowiedzieć o moim wuju bohaterze (...) Ostatnie pół roku swego życia przeżył w naszym domu w Olszy. Nie zmarł, jak podają w różnych publikacjach, nagle. Zmarł w Poznaniu w szpitalu po podwójnej operacji na prostatę. Mógł mieć tę operację zrobioną w Anglii, bo tam miał już zaklepaną kolejkę, ale on był wielkim patriotą i wolał w Polsce. Niestety, nie udało się. Do końca swojego życia był człowiekiem, który dla siebie nie chciał niczego, wszystko za to -  dla innych.

Tak obecnie wygląda grób Tadeusza Wesołowskiego. Wchodząc głównym wejściem na cmentarz znajduje się on po lewej stronie, patrząc od Mauzoleum ks. Piotra Wawrzyniaka. fot. Marek Holak

Tak obecnie wygląda grób Tadeusza Wesołowskiego. Wchodząc głównym wejściem na cmentarz znajduje się on po lewej stronie, patrząc od Mauzoleum ks. Piotra Wawrzyniaka. fot. Marek Holak

Gdyby Mogilno zdecydowało się...

Tadeusz Wesołowski zmarł  22 sierpnia 1978 r. Jan Nowak-Jeziorański w Kurierze z Warszawy napisał tak: Po wojnie, w Anglii, nie upomniał się u nikogo o nagrodę za zasługi, nie opowiadał o tym co przeżył, nie chwalił się. Magister prawa, doświadczony urzędnik - nie umiał walczyć o siebie. Zarabiał na chleb ciężką pracą fizyczną wśród obcych, żył samotny i zapomniany aż do momentu, gdy owego zimowego wieczoru w trzy lata po wojnie usłyszał fragment własnych przeżyć wojennych w audycji BBC. Do swej śmierci w 1978 r. był Nieznanym Żołnierzem Polski Podziemnej”.

Po 1989 roku Jan Nowak-Jeziorański w liście do jego brata, Antoniego Wesołowskiego pisał: Gdyby miasto Mogilno zdecydowało się uczcić pamięć Tadeusza Wesołowskiego, na przykład nazywając jego imieniem jedną ze swoich ulic, albo umieszczając tablicę na ścianie domu, w którym mieszkał, jestem gotów przyjechać na taką uroczystość.

Nie przyjechał, gdyż Mogilno w żaden sposób nie uczciło wtedy pamięci kuriera z Olszy.

Tadeusz Wesołowski pochowany został na mogileńskim cmentarzu. Tablica na jego grobie opatrzona jest skromnym - bo takie było całe życie "Tadeusza" - napisem "Żołnierz AK".

Tak pisaliśmy w 2007 r.: "Mogilno na razie nie zdecydowało się uczcić w jakikolwiek sposób pamięci o Tadeuszu Wesołowskim. Od kilku lat, przewodnicząca Rady Miejskiej, a kiedyś szef komisji do spraw nazewnictwa ulic Elżbieta Sarnowska ma w swoim zeszycie wpisaną, jako jedną z wielu propozycji patrona dla nowej ulicy - zaproponowaną przez Przemysława Majcherkiewicza postać Tadeusza Wesołowskiego. Czeka na swoją kolej".

Post scriptum

17 maja 1998 r., w 600. rocznicę nadania praw miejskich Mogilnu w dowód uznania za zasługi dla gminy Mogilno, Antoni Wesołowski otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Mogilna. Jan Nowak Jeziorański zmarł w 2005 r. Antoni Wesołowski zmarł 16 marca 2007 r. Został pochowany na cmentarzu parafialnym w Trzemesznie. W międzyczasie w Mogilnie jedną z ulic od ul. Niezłomnych w kierunku Iskry nazwano imieniem Jana Nowaka Jeziorańskiego. O Tadeuszu nadal nie pamiętano. Aż do wrześniowej sesji Rady Miejskiej w 2018 r.

Ulica Antoniego i Tadeusza Wesołowskich znajduje się za nieczynną linią kolejową z Mogilna do Strzelna, przy małym osiedlu domów deweloperskich. Gdyby spojrzeć w drugą stronę, to widać komin i budynek nieczynnej rakarni. fot. Marek Holak

Ulica Antoniego i Tadeusza Wesołowskich znajduje się za nieczynną linią kolejową z Mogilna do Strzelna, przy małym osiedlu domów deweloperskich. Gdyby spojrzeć w drugą stronę, to widać komin i budynek nieczynnej rakarni. fot. Marek Holak

Deweloper budujący mieszkania za nieczynną linią kolejową Mogilno - Strzelno na przedłużeniu ul. Łuczaka, zwrócił się do ratusza o nadanie nazwy dla ulicy - Pogodna. Radni uznali jednak, że na tym osiedlu nazwy ulic powinny nawiązywać do zasłużonych dla Mogilna mieszkańców. Przypomniał o tym radny Paweł Molenda i zaproponował, by patronem tej ulicy uczynić braci Antoniego i Tadeusza Wesołowskich. Przedsiębiorca budujący mieszkania sprzeciwu nie wnosił i Tadeusz Wesołowski po 30 latach od próśb Jana Nowaka-Jeziorańskiego został na sesji 12 września 2018 r. w Mogilnie uhonorowany.

Nadania nazwy ulicy Tadeusza Wesołowskiego doczekał się jego siostrzeniec Jan Michałowski. Zmarł 8 lipca 2019 r.

Paweł Lachowicz, Pałuki i Ziemia Mogileńska, nr 18/2022

 


ANTONI WESOŁOWSKI

Przed wojną pracował w Wydziale Powiatowym w Mogilnie. W 1945 r. wrócił do pracy w Starostwie Powiatowym, od czerwca 1950 r. do grudnia 1957 r. był sekretarzem powiatu, a potem aż do 1970 r. pełnił funkcję najważniejszej politycznie osoby w powiecie mogileńskim, czyli funkcję przewodniczącego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Mogilnie.

Zrobił również dużą karierę partyjną w ruchu ludowym. Od 1976 r. do 1985 r. był posłem na Sejm PRL VII i VIII kadencji. Szefował także wojewódzkiej organizacji ZSL, od 1976 r. do momentu przejścia na emeryturę, czyli do 1981 r.

Po przejściu na emeryturę jego pasją stało się upamiętnianie miejsc pamięci narodowej. Ukazała się m.in. jego publikacja Miejsca Pamięci Narodowej w granicach powiatu mogileńskiego. Był też autorem i przewodniczącym komitetu redakcyjnego 3-tomowego wydawnictwa Studia z Dziejów Ziemi Mogileńskiej.   (mah)

Brat Tadeusza Wesołowskiego - Antoni Wesołowski, przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej w Mogilnie fot. arch. wydziału promocji Urzędu Miejskiego w Mogilnie

Brat Tadeusza Wesołowskiego - Antoni Wesołowski, przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej w Mogilnie a w latach 1976-1985 poseł na sejm PRL  fot. arch. wydziału promocji Urzędu Miejskiego w Mogilnie


 Źródła:

Jan Nowak-Jeziorański, Kurier z Warszawy, Wydawnictwo Znak, wydanie IV, Kraków 2005.

Praca zbiorowa pod redakcją Czesława Łuczaka, Zrodziła ich Ziemia Mogileńska, Poznań 1997.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukimogilno.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości