- Nie myślę o śmierci, myślę o życiu - podkreśla Bernard Janecki ze Strzelna, który 16 marca ukończył 100 lat.
Bernard Janecki w dniu 100. urodzin z rodziną: córką Czesławą Beśka, wnuczką Renatą Mazurek i jej mężem Bronisławem Mazurkiem oraz burmistrzem Strzelna Ewarystem Matczakiem, przewodniczącym Rady Miejskiej Piotrem Pieszakiem, kierownikiem USC Joanną Stranc i przedstawicielem ZUS Maciejem Owczarkiem fot. Magdalena Lachowicz Z okazji tak uroczystego jubileuszu, który Bernard Janecki obchodził u córki Czesławy Beśka w Łąkiem (gm. Strzelno), najlepsze życzenia dalszych długich lat w szczęściu, zdrowiu i wszelkiej pomyślności na kolejne lata złożyli Jubilatowi: burmistrz Ewaryst Matczak, przewodniczący Rady Miejskiej Piotr Pieszak oraz kierownik USC Joanna Stranc. Z kwiatami przybył też sołtys Łąkiego, radny Kazimierz Łojewski. Do życzeń dołączył się przedstawiciel ZUS z Inowrocławia Maciej Owczarek, który wręczył Jubilatowi decyzję o przyznaniu specjalnego dodatku emerytalnego przysługującego z tytułu ukończenia 100 lat życia. Jubilatowi towarzyszyła rodzina, córka oraz wnuczka Renata Mazurek i Bronisław Mazurek.
Wszyscy obecni słuchali, jak barwnie opowiadał o swym życiu. Na nasze pytanie, jak minęło te sto lat, odpowiedział: - Zbyt szybko, dni były za krótkie. Ja bym miał marzenie, żeby mi tak cofnęli ze 20 lat, bo ja jeszcze mam dużo do zrobienia.
Bernard Janecki urodził się 16 marca 1917 r. w Łąkiem (gm. Strzelno), jako syn Franciszki i Antoniego. Miał jeszcze trzech starszych braci: Tomasza, Franciszka i Leona. W domu, w którym mieszkał w Łąkiem, była kiedyś leśniczówka. Miał ponad 100 lat i kryty był strzechą. Ojciec pana Bernarda przywędrował do Łąkiego ze Śląska. Był już wtedy wdowcem. Tutaj poznał przyszłą żonę Franciszkę. - Ojciec razem z sąsiadem Kubaczem pieszo chodzili do Janikowa i budowali tamtejszą cukrownię - wspomina pan Bernard. Ojciec wraz mamą pana Bernarda, oprócz własnych dzieci wychowywali jeszcze 3 wnucząt pani Franciszki: Annę, Franciszka i Józefa.
Jubilat w Łąkiem ukończył szkołę podstawową, a później szkołę zawodową w Mogilnie w zawodzie stolarza.
Jako młody chłopak służył w 18. Pułku Ułanów Pomorskich w Grudziądzu. W czasie okupacji pracował u Niemca w Strzelnie. - Były na rynku jarmarki, wtedy jechał Niemiec Kichel, a znał mnie bardzo dobrze, bo mój ojciec u niego pracował. On mnie zatrzymał i spytał, gdzie ja pracuję. Ja mu powiedziałem, że u Niemki na Miradzkiej. On powiedział od jutra przyjdziesz do mnie do roboty. I poszedłem. Pracowałem u niego całą okupację, jako stolarz. Jego zakład mieścił się na Powstania Wlkp. w Strzelnie (naprzeciw szpitala) - opowiada pan Bernard. U Niemca Kichla, jak wspomina, była bardzo dobra praca. - Kiedyś Kichel naszedł mnie, jak robiłem z drewna młynek do mielenia ziarna do swojego domu. „Spytał mnie, a ty dziadu co tam robisz”, ja powiedziałem „szefie młynek robię, trzeba coś robić, żeby chleb był. Bo na tym się wyśrutuje i potem chleb upiecze”. On tylko spytał „i dobre to jest”, ja powiedziałem, „że dobre”, on się tylko uśmiechnął. U Niemca była podana norma godzin, czy na wykonanie drzwi, czy okien. A w tym czasie można było zrobić dwa razy tyle. Ale jak przyszedł i było źle zrobione, to przyszedł brakarz i wyrzucił, a jak wyrzucił to pieniędzy nie było. To była najlepsza kara i każdy starał się wykonać swoją pracę jak najlepiej - wspomina pan Bernard.
Dodał, że w tamtych czasach w Łąkiem gospodarstwa też prowadzili przeważnie Niemcy.
Opowiedział historię krzyża na rozstaju dróg w Łąkiem. Dzisiaj w tym samym miejscu stoi krzyż, ale już inny niż ten z czasów okupacji. Niemcy nakazali Polakom ten krzyż ściąć, ale Polacy nie chcieli tego zrobić. - Przyszli więc synowie Niemca Werca krzyż ścięli i przez całą wieś ten krzyż ciągnęli po bruku. Ten krzyż zanieśli na swoje podwórze. Mieli tam maszyny i w jednej drąg się połamał. Odcięli więc kawałek krzyża i zamocowali zamiast dyszla. Traf chciał, że ten sam Niemiec jechał na jakieś zebranie, jak wracał wieczorem, to krzyż się świecił. Koń się spłoszył, Niemiec spadł z bryczki i nogi połamał. Tak samo jego żona z części krzyża wstawiła słupek do bramy w gospodarstwie. Jechała do męża do szpitala, koń się spłoszył i ręce połamała. A ich synowie poszli na wojnę i na drugi dzień otrzymali już wiadomość, że synowie nie żyją. Same nieszczęścia się w tej rodzinie działy po tym, jak krzyż zniszczyli i na siłę go poniżali. Sklep w Łąkiem też prowadził Niemiec, ale dobry był człowiek, z Polakami trzymał. To co drugi dzień na policję go wzywali, a on zawsze mówił, że wśród Polaków się wychował. Potem dali mu spokój. Jest koło kaplicy w Łąkiem pochowany - opowiada pan Bernard.
Wspominał też miłe chwile, szczególnie te, jak chodził na zabawy wiejskie. Zabawy organizowane były wówczas nad samym jeziorem, w lesie w Łąkiem. - Oj tańczyło się tam, tańczyło.
Gdy był jeszcze w wojsku, zakochał się w Elżbiecie Koncikowskiej, z którą 6 lipca 1938 r. w Strzelnie zawarł związek małżeński. Małżeństwo wychowało szóstkę dzieci. Czworo już nie żyje, zostały tylko dwie córki Czesława i Maria. Mieszkali w rodzinnym domu w Łąkiem. Żona Jubilata zmarła w wieku 83 lat. Obecnie pan Bernard mieszka w Strzelnie. Sam gotuje obiady, robi zakupy. W każdą niedzielę i święta uczestniczy we mszy św. w miejscowej bazylice. W niedzielę przyjeżdża po niego córka Czesława i zabiera go do Łąkiego na obiad i podwieczorek. Bardzo lubi spotkania rodzinne. Tym bardziej z utęsknieniem czeka na takie spotkania, gdyż cała jego najbliższa rodzina mieszka na Śląsku, w rodzinnym domu w Łąkiem mieszka obecnie tylko córka Czesława. Jubilat doczekał się 5 wnucząt - Waldemara, Renaty, Aliny, Julity i Katarzyny oraz 9 prawnucząt - Martyny, Danuty, Małgorzaty, Tomasza, Marka, Mateusza, Michała, Karola i Marty.
25 lat pracował jako kierowca w Kolumnie Transportu Sanitarnego w Mogilnie, w Pogotowiu Ratunkowym w Strzelnie. Później rozpoczął pracę w strzeleńskim Liceum Ogólnokształcącym, gdzie był konserwatorem. Wszyscy do dzisiaj mówią o nim złota rączka, gdyż umiał naprawić wszystko. Jednak pracując w liceum z racji wyuczonego zawodu zajmował się przede wszystkim stolarką. Do dzisiaj w gabinecie chemicznym wisi wykonana przez niego tablica Mendelejewa. Stolarka i rzeźbiarstwo było zawsze pasją pana Bernarda i tak zostało do dzisiaj. - Do dzisiaj jeszcze to robię. W piwnicy domu w Łąkiem ma swój warsztat stolarski, w którym do dnia dzisiejszego lubi pracować. - Jak na razie dobrze się czuję, ale narzekam na brak pracy. Teraz jest jeszcze chłodno, a piwnicy mam taki warsztacik, jak się zrobi ciepło, to się będzie robić takie rzeczy, jak te ozdoby z drewna. Pan Bernard wykonuje w drewnie piękne ozdoby i krzyżyki. Wykonał też płaskorzeźbę Matki Bożej, którą podarował do kaplicy w Łąkiem. Ostatnim jego dziełem, które niedawno ukończył, są ozdobne rzeźbione talerze z dębiny.
Co ciekawe, stulatek 3 marca skończył układanie nowej podłogi drewnianej na piętrze domu córki Czesławy, a w ubiegłym roku tańczył całą noc na weselu u wnuczki na Śląsku i do końca z gośćmi się bawił. - Jeszcze teraz bym potańczył. Już nie może się doczekać na wesele wnuczki, które planowane jest na wrzesień. - Jak nic mi nie dolega, to nie mogę powiedzieć, że jestem chory, a że czasami coś boli, to musi boleć, bo wtedy człowiek wie, że żyje. Spacerek dobrze człowiekowi robi. Nie dość, że się dotleni, to i znajomych spotka i porozmawia. Ja zawsze mówię tak długo, jak Bozia da, tak długo trzeba żyć - mówi pan Bernard.
- W Przyjezierzu w domku letniskowym wszystko mi w drewnie zrobił. Miał 80 lat, jak nowy dach zakładał. Zrobił też podłogi, schody, wszystko to jest taty robota - dodaje córka Czesława.
Oprócz rzeźbiarstwa interesuje się też fotografią. Na 90. urodziny otrzymał od wnucząt aparat cyfrowy, którym nauczył się szybko robić świetne zdjęcia. W związku z tym, że ten podarowany aparat już się wysłużył, ostatnio kupił sobie nowy. - Jadę na wesele, to wiem, że zdjęcia trzeba zrobić - mówi z uśmiechem.
Kiedyś posiadał też pasiekę przy domu w Łąkiem. - 9 pni miałem. Ale to był prawdziwy miód, a nie teraz to tylko podróbki. Miód można najszybciej podrobić. Kilo cukru i kilo miodu i masz 2 kilo miodu. Dodają też mączkę ziemniaczaną. Miód trzymaliśmy w kamiennych garnkach, to można było go w plastry kroić i on się trzymał. A ten smak i zapach. Najlepszy był prosto z ramki, to był dopiero smak - wspomina Jubilat.
Jest członkiem Związku Emerytów i Rencistów w Strzelnie. Do niedawna przychodził na wszystkie spotkania i potańcówki organizowane w Domu Kultury. - Teraz już nie chodzę, bo mi muzyka nie odpowiada. Ja lubię taką dawniejszą muzykę, tej muzyki co grają teraz, to się nie chce słuchać, dzisiaj to tylko podskakiwać, a ja lubię tańczyć poleczkę i tango, to ja lubię, to była moja zabawa. Taka poleczka z przytupami, to było dopiero życie.
Spytany przez nas, czy jest jakaś recepta na tak długie życie, w tak dobrym zdrowiu, odpowiedział: - Człowiek musi być w ruchu, nie siedzieć, bo jak się będzie siedziało, to jest tak, jak kurka na jajkach. A jak jest człowiek w ruchu, to kości i wszystko inaczej działa. Wódki nie pić w ogóle i papierosów nie palić, i żadnych innych używek nie brać. Za to dobrze jest zjeść coś słodkiego.
Na co dzień sam sobie gotuje. Zje wszystko, nawet opiekany tłusty boczek. Najbardziej lubi jednak krupnik, bo kasza - jak dodaje - leczy, jest tam dużo kleiku. Ogląda telewizję, szczególnie seriale tzw. tasiemce, w tym serial Tylko z Tobą, czy turecki serial Tysiąc i jedna noc. - Lubię seriale, ale to musi być taki ciekawy serial, żeby człowiek czekał z niecierpliwością na kolejny odcinek.
Pomimo wieku praktycznie nie choruje. Zażywa tylko profilaktycznie leki przeciwko astmie. - Pan doktor Wcisło mi takie dobre leki zapisał i je biorę i czuje się dobrze. W wieku 95 lat przeszedł operację na zaćmę i do dzisiaj nie nosi okularów, nawet do czytania ich nie potrzebuje. - Jak tato pojechał na operację, to patrzyli w kartę i nie mogli uwierzyć, że ma 95 lat. Pani doktor trzy razy sprawdzała kartę - mówi córka.
- Trochę narzekam na kręgosłup, gdzie się nie dotknę, to zaraz siniak wyskakuje. Ale ogólnie nie mam na co narzekać - dodaje Jubilat.
Z pracą zawodową pana Bernarda wiąże się kolejna ciekawostka, którą śmiało można nazwać ewenementem. Otóż pan Bernard tak kochał swoją pracę, że na emeryturę przechodził dopiero, gdy miał 92 lata. - Tato jest najstarszym i najdłuższym stażem płatnikiem ZUS, bo do 92 lat pracował zawodowo i cały czas składki wpływały do ZUS - mówi pani Czesława. Wnuk pana Bernarda - Bronisław Mazurek, który jest górnikiem, wspomina. - Mówiłem dziadkowi, że musi iść na emeryturę, bo jeszcze się okaże, że ja będę wcześniej emerytem niż dziadek.
Następnego dnia po urodzinach, do Jubilata zjechała na uroczystość cała rodzina. 18 marca o 11:00 w strzeleńskiej bazylice odprawiona została msza św. w intencji Jubilata, a po niej odbyła się uroczystość w Sali Biesiadnej Bajka w Strzelnie. Oprócz rodziny zaproszeni zostali na nią dyrektorzy strzeleńskiego liceum oraz przyjaciele Jubilata.
Film w zakładce Filmy.
Magdalena Lachowicz
Pałuki i Ziemia Mogileńska nr 1310 (12/2017)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze